Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!


KSz Stilon      Agencja 64      Gorzów Wlkp.    GG 8708966 Kuba    Email
          Menu główne
Sezony
        O szachach
                  Linki

          




Countomat - licznik oraz statystyki webowe (Statystyki i Analiza danych, Wykresy, Licznik, Dane statystyczne)



O automatach szachowych

Najdroższe szachy Europy

Typy i typki przy szachownicy

Tabletki nasenne

Największy turniej

Jedyne w ZSRR Muzeum Szachów

Podwójny Król

Nie ma młodych i starych

Kilka takich sobie wspomnień

Najstarsze szachy świata

Mecz z oryginalnym debiutami

Ciekawy seans

Długa seria zwycięstw

Najdłuższa seria ruchów Hetmane

Nerwy

Jak wygrywa się partię szachową

Grajmy śmielej

Ciekawostki z Curacao

Z doświadczeń szachisty korespondencyjnego

Daleko obliczona ofiara?

Dlaczego nie przyjechał Tal?

Lampka wina

Aliechin i konduktor

Poprawnie czy nie poprawnie?

Szachy na odległość

Pierwszy turniej szachowy

Tal może wszystko!

Gra na ślepo!

Złote słowa…

Nagrody za piękność

 

Zabawna historia

Szachiści - muzycy

Jak dzielą się szachiści

Philidor w roli nauczyciela

Coś dla problemistów

Pan mnie nie zna!

„Rekordzista”

Różnorodne nagrody

Demonstrator uratował arcymistrza

A kiedy ja?

Arcymistrzowie o szachach

Obalona teoria

Groźny przeciwnik

Swoista przewaga

Dwie złośliwości

Jeszcze o etyce

Fujarka

Moralista

Oryginalna nagroda

Gdzie logika?

„Pamięć zawodowa” mistrzów...

Pamięć zawodowa

Towarzyski mecz

„Nie ten Anderssen!“ czyli szczyt skromności

Trzy klasy

Najlepsi wśród...

Gligoric – arcymistrzem Luksemburga?!

Pewien wywiad z Alechinem...

Walka o... remis!

Złośliwy szept „kibica”...

 

Znakomite zadanie!

Beznadziejna pozycja

Nadzwyczajny gracz!...

Rywalizacja przyjaciół

Sędziowska gafa...

Pewność siebie uzasadniona!

Nieprzyjemna niespodzianka

Sen Alechina...

Przestroga dla miłośników remisów...

Temperament Janowskiego

„Honorowy” ruch...

Mata warto widzieć!...

Kibic też czasem potrafi...

Druga wersja „historycznej anegdotki”...

Szkocki „prezent”...

„Wariant książkowy” czyli...L’etat c’est moi!

Szachista i bankier

Lasker ofiarą podstępu

Nowy wariant

Dwie wypowiedzi

Za krótkie ręce...

Bez hetmana łatwiej się gra

Hetman w trzeciej potędze

Kto pierwszy, ten lepszy...

Kura Botwinnika

 




O automatach szachowych

Sukcesy widowiskowe automatu austriaka Wolfganga von Kempelena, który skonstruował „Turka”, skłoniły i innych mechaników do skonstruowania podobnych automatów.

"Turek” von Kempelena zaprezentował się po raz pierwszy na dworze cesarzowej Marii Teresy w Wiedniu 1769 roku. Automat von Kempelena wyobrażał normalnej wielkości figurę człowieka, ubranego w narodowe szaty tureckie, siedzącego przy biurku, na którym była ustawiona szachownica. „Turek” trzymał jedą rękę na szachownicy, drugą zaś wykonywał posunięcia. W czasie gdy przeciwnik „Turka” zastanawiał się nad swym posunięciem – on sam unosił do ust piekną wschodnią fajkę, co rzecz jasna, dodawało mu dodatkowo „czarodziejskiego”splendoru. Chociaż von Kempelen przed rozpoczęciem każdego występu automatu, pokazywał jego wnętrze, dowodząc w ten sposób, że nie ma tam nikogo, tym niemniej automat poruszany był przez umieszczonego pod biurkiem szachistę. Był nim przeważnie jeden z graczy o klasie mistrzowskiej, którego von Kempelen na czas swych występów „wynajmował”. Wiadomo, że w czasie występów „Turka” w 1809 r. pod automatem ukryty był wyśmienity szachista Allgaier.

Największą sławą w drugiej połowie ubiegłego wieku, cieszyły się 2 automaty wykonane w Anglii, noszące  dość oryginalne nazwy: „Ajeeb” i „Mephisto”. Oba zostały wykonane około roku 1870. „Ajeeb” skonstruowany przez Anglika Arthura Howarda, przedstawiał również Turka, siedzącego na skrzyni i trzymającego w ręku szachownicę.Automat ten – podobnie jak automat von Kempelena - oparty był na zasadzie przekazywania posunięć, siedzącemu wewnątrz automatu mistrzowi szachowemu, poprzez opadanie kulek magnetycznych, przytwierdzonych do figur, poruszanych przez widza, grającego z automatem.

W przeciwieństwie do von Kempelena, Hopper nie pokazywał całego wnętrza automatu dla udowodnienia, że nie ma w nim nikogo, lecz jedynie brzuch „Turka”, w którym widoczne były różnej wielkości kółka mechanizmu. Dla zmylenia widzów, automat „uruchamiany” był przy pomocy specjalnej korby, nakręcanej przez Hoppera, przed rozpoczęciem gry, co rzecz jasna nie miało żadnego znaczenia.

Pierwsze przedstawienie automatu „Ajeeb” miało miejsce w 1875 r. w pałacu kryształowym w Sydenham (Anglia). Następnie Hopper wyjechał z „Ajeebem” do Niemiec, gdzie zorganizował jego „występy” w 1876 r. i w 1877 r. we Frankfurcie nad Menem i we Wrocławiu. W 1878 r. „Ajeeb” produkował się w Nowym Jorku, gdzie wreszcie został umieszczony w Eden-Museum, tam też  przetrwał do roku 1916.

„Ajeeb” przewyższał znacznie automat von Kempelena, pod względem klasy gry, dzięki zaangażowaniu mistrzów szachowych, którzy ukryci, rozgrywali za automat partie szachowe z widzami-amatorami. M.in. we wnętrzu „Ajeeba” grali tacy mistrzowie jak: Schaefer, Pillsbury, Burille i bracia Hill.

„Mephisto” skonstruowany został przez M. Gumpela, który występował  z nim w latach 1878-1882. W jego wnętrzu ukryty był m.in. znakomity szachista tego okresu Gunsberg.

Wszystkie trzy automaty (von Kempelena, „Ajeeb” i „Mephisto”) oparte były więc w zasadzie na tricku, dzięki któremu samą grę prowadzili ukryci w ich wnętrzach mistrzowie szachowi.

Pierwszej próby skonstruowania prawdziwego automatu szachowego, podjął się na początku naszego stulecia, lekarz berliński dr Lutze, którego koncepcja polegała na przesuwaniu figur szachowych na szachownicy, przy pomocy elektryczności, przez znajdującego w innym pomieszczeniu mistrza szachowego. Plany dr Lutze pokrzyżowała jednak I wojna światowa.

W czasie 14 Olimpiady Szachowej w Lipsku, zorganizowana została również międzynarodowa wystawa pn. „Szachy na przestrzeni dziejów”. Na wystawę tę jako jeden z eksponatów, przysłano z Hiszpanii stary, pochodzący z okresu międzywojennego automat szachowy. Automat ten obliczony był na zamatowanie „gołego” króla, przez króla i wieżę. Dodatkowym „urokiem” automatu, było zapowiadanie przez niego dość ochrypłym głosem „szacha” i „mata”, a także zwracanie przeciwnikowi uwagi, na nieprawidłowe posunięcia. Próba sił, podejmowana przez licznych kibiców oraz uczestników Olimpiady, kończyła się niezmiennie triumfem automatu. Nawet mistrz świata Tal, musiał zaznać goryczy „porażki” z automatem.

Powrót do góry

Najdroższe szachy Europy

Widziałem – zrobione współcześnie – najdroższe szachy Europy! Być może także najdroższe na świecie.

Zrobiono je dla uświetnienia obchodzonej właśnie 900-letniej rocznicy zbudowania zamku Tower w Londynie. W średniowieczu była to rezydencja królów Anglii, a później znane w historii tego kraju „miejsce odosobnienia” przeciwników politycznych. Obecnie jest to wspaniały zespół muzealny, odwiedzany corocznie przez tysiące turystów.

Szachów wyprodukowano zaledwie 500 egzemplarzy (kompletów figur wraz z szachownicą), bo wykonali je ręczną pracą najbardziej cenieni artyści, specjalizujący się w odtwarzaniu zabytków historycznych. Wszystkie figury są wiernymi kopiami, żyjących w minionych 900 latach niektórych władców, komendantów lub więźniów twierdzy Tower. Każdy z nich jest tu pokazany w swej autentycznej postaci, jaką (prawdopodobnie) posiadał, ubiór jego, broń, ozdoby, itd.. wykonano z wielką dokładnością w oparciu o szczegółowe badania. Odtworzono takie drobiazgi jak ogniwa, noszonego na szyi ozdobnego łańcucha, pióra przy kapeluszu, kolor rękawiczek i inne. Nawet – kolor włosów oraz makijaż twarzy są autentyczne, to znaczy jak za życia osoby! Wszystko bowiem zostało sprawdzone przez specjalistów-historyków danego okresu.

Poszczególne figury mają około 9 cm wysokości, pionki zaś 5,5 cm. Sporządzone zostały ze stopu cyny z ołowiem, przez artystę rzeźbiarza Chasa Staddena z Londynu.

A teraz słów kilka o samych postaciach, które rozgrywać mają te historyczno-jubileuszowe partie szachów. Białe figury to królowie, biskupi lub rycerze, którzy rozbudowali lub uświetnili zamek Tower. Czarne, to „czarne charaktery”, ci, którzy negatywnie zapisali się w historii Anglii, a szczególnie w twierdzy Tower, względnie byli w niej za swe winy uwięzieni lub straceni. Wymienimy tu tylko kilku, komplet szachów bowiem, liczy jak wiadomo 32 figury. Nie sposób więc ich wszystkich opisać.

Biały król – Wilhelm Zdobywca (1027-1087), założyciel dynastii normańskiej, król Anglii od 1066 roku, po zwycięstwie pod Hastings. Zbudował pierwszą, najstarszą część tzw. White Tower („Białą Wieżę”) – do dziś jeszcze wznoszącą się w samym centrum zespołu zamkowego.

Biała królowa – Elżbieta I (1533-1603), królowa od 1558 roku. Za jej rządów Anglia weszła w okres swej największej potęgi, zarówno morskiej, jak i ekonomicznej.

Czarny król – ksiąźę Monmouth (1649-1685), nieślubny syn Karola II. Zbuntował się  przeciwko decyzji o dziedziczeniu władzy, przez brata króla – Jakuba II. Zginął w Tower w 1685 roku.

Czarna królowa – Anna Boleyn (1507-1536), druga żona Henryka VIII, matka królowej Elżbiety I. Ścięta w Tower w wyniku podejrzenia o wiarołomstwo.

Biała Wieża – to miniaturka „białej Tower” – najstarszej części zamku.

Czarna Wieża – to „krwawa Wieża” (bloody Tower), zbudowana przez Henryka III. Pochodzenie nazwy nie jest znane, od najdawniejszych jednak czasów wieża ta otoczona była złą sławą.

Inne figury; Gońce, skoczki itd., to również historyczne postacie: biskupów – Gundulfa, Becketta, Crammera, rycerzy: Waltera Releigha, Johna Hollanda i innych.

Białe pionki – wszystkie w kostiumach łuczników z czasów Henryka VIII.

Czarne pionki – to halabardnicy z okresu Henryka III.

Jednakże - mimo tak daleko posuniętej dbałosci o wierność historyczną odnośnie wyglądu, uzbrojenia itd. poszczególnych postaci – ich „rozmieszczenie w czasie” wykazuje zupełną dowolność , a nawet śmieszną  przypadkowość. Chodzi bowiem o to, że np. Elżbieta I, żona „białego króla Wilhelma Zdobywcy, jest od niego młodsza o 500 lat! Jej przeciwniczka „czarna królowa” Anna Boleyn, była w rzeczywistości jej matką. Jej zaś mąż, czarny król Monmouth, jest z kolei o sto lat młodszy! I tak dalej...Mimo to szachy te są naprawdę wspaniałą pamiątką z historii Anglii, a szczególnie z dziejów twierdzy Tower.

Piękny jest też stolik do gry. Wykonano go również według starych wzorów z dębowego, ślicznie rzeźbionego drewna.Szachownica zrobiona jest z ręcznie pozłacanej skóry! Nic więc dziwnego, że szachy te kosztują...900 funtów! (Około 1.800 dolarów USA)

Kto może sobie taki sprzęt kupić? Znajomi Anglicy twierdzą, że to „artykuł eksportowy” dla bogatych Amerykanów. Ale jeżeli tak, to po co włożono w ich wyprodukowanie i zapewnienie im ścisłej wierności historycznej, tak ogromny wkład pracy?

Niemniej oglądać te szachy, to naprawdę duża przyjemność! A jeszcze większą zagrać partyjkę. Niestety, to drugie nie było możliwe.

Powrót do góry

Typy i typki przy szachownicy

Mam tu przede wszystkim na myśli szachistów, jako masę. Tych wszystkich, którzy ponad wszystko lubią spędzić jesienny wieczór, czy też niedzielne przedpołudnie przy partyjce szachów, z podobnym do siebie entuzjastą „królewskiej gry”.

A imię ich – milion...

Spotkać ich można nie tylko w lokalach klubowych, swietlicach i na imprezach szachowych. Rzucają się w oczy w parkach, na różnych skwerach, w pociągach, poczekalniach kolejowych, w domach wczasowych itd. Te niezliczone rzesze entuzjastów gry w szachy, można sklasyfikować w najprzeróżniejszy sposób. Trzeba jednak zdać sobie sprawę, że nie jest to zadanie łatwe.

Typów w wielotysięcznej rzeszy szachistów jest olbrzymie bogactwo. Ktokolwiek przypatrywał się kiedyś przez choćby kilka minut, nie tylko samej szachownicy, ale ludziom przy niej siedzącym, ten znajdzie na pewno w podanej poniżej bogatej kolekcji typów , również bliskich swych, znajomych szachistów.

Jednym z najczęsciej spotykanych typów jest szachista „muzyk”. Niemalże w ciągu całej partii nuci sobie pod nosem jakąś melodię, lub cichutko gwiżdże. Wyjątkowo złośliwym typem w tej grupie jest szachista nucący, względnie gwiżdżący jedną i   samą melodię. Jeśli koncert taki trwa bez przerwy 2-3 godziny – może znudzić. Do rzadkich wyjątków należy tutaj osobnik, który nuci i gwiżdże na przemian jedną i tę samą melodię fałszywie. Spróbujcie z takim wygrać.

Byłem kiedyś świadkiem, gdy znany ze swego opanowania, weteran polskich mistrzów Kazimierz Makarczyk natknął się na takiego właśnie przeciwnika. Po dwóch godzinach „koncertu” Makarczyk nie wytrzymał nerwowo i zwrócił się do swego przeciwnika z uprzejmą prośbą: „Skoro już Pan musi gwizdać – to bardzo proszę o repetuar urozmaicony i bez fałszowania!”

Niemniej groźnym typem, a przy tym znacznie częściej spotykanym jest szachista „cyrkowiec” . Nie umie on spokojnie wysiedzieć na krześle. Przyjmuje coraz to nowe pozycje i figury. Niemal co minuta zmienia pozycję, wstaje, siada, podwija sobie jedną nogę, następnie drugą, wreszcie klęka na krześle, podpiera głowę, przesuwając ją coraz bardziej nad szachownicę, uzyskując w ten sposób – wyrażając się fachowo – przewagę przestrzeni nad przeciwnikiem.

Brak wewnętrznej dyscypliny podczas procesu myślenia, może zresztą objawiać się i w inny sposób. Tego rodzaju typ szachisty nie potrafi spokojnie utrzymać w stanie bezruchu swych rąk i nóg. W pierszym wypadku trzęsie niemal bez przerwy nogami, wprawiając w drżenie cały stolik z szachownicą i figurami. Widziałem już nieomal fantastyczne ruchy nóg o najprzeróżniejszej szybkości.I są jeszcze tacy, którzy twierdzą, że pojęcie kondycji fizycznej nie ma z szachami nic wspólnego. Niech spróbują przez 5 godzin trząść nogami w pozycji siedzącej, nie mówiąc już o wysiłku umysłowym.

Groźniejsza jednak jest grupa druga. Bo proszę sobie wyobrazić kogoś, bębniącego bez przerwy palcami po stole. Dobrze jeszcze, gdy czyni to „poduszeczkami” palców. Ale co zrobić, gdy facet ma w tym celu specjalnie zapuszczone w artystyczny sposób paznokcie.Wystukuje wówczas najprzeróżniejsze, śpiewane w myśli melodie, poczynając od samby, kończąc na kankanie.

Pewien angielski szachista, należący właśnie do tego rodzaju typów, przychodził do klubu zawsze z watą w uszach. Gdy pewnego dnia zapytano go w dobrej wierze, dlaczego tak długo cierpi na uszy, odpowiedział bez żenady, że kiedy gra w szachy lubi wystukiwać sobie na stole „Rondo capricioso” Mendelssona, ale stuk własnych paznokci przeszkadza mu w myśleniu, wpadł więc na pomysł zatkania sobie uszu watą.

A teraz kilka grup mniej niebezpiecznych.

Oto szachista bez przerwy wzruszający ramionami. Gdy tylko jego przeciwnik wykona posunięcie – rozpoczyna taniec ramion, który oznacza mniej więcej:

-          Nic nie rozumiem! Najprawdopodobniej sam nie rozumiesz swych posunięć. Mogę więc przejść do realizacji własnych planów.

Nie wiadomo tylko dlaczego wzrusza ramionami, gdy tylko zaczyna zastanawiać się nad swoim następnym posunięciem.

A oto inny typ. W czasie, gdy jego przeciwnik zastanawia się nad ruchem – czyści swe okulary. Chucha na nie, ogląda pod światło, przeciera szmatką, znów chucha i tak ciągle od początku, dopóki jego przeciwnik nie wykona posunięcia.Wówczas szybkim ruchem zakłada szkła, chowa chusteczkę do kieszeni i popada w zadumę.

Do grup, które zakwalifikowałbym jako pośrednie, należą szachiści „przestraszeni” i „grające rączki”.

„Przestraszony’ – to taki, który po każdym posunięciu z reguły rozpoczyna serię okrzyków w rodzaju: „Och!”, Ach!”, „Ojej” itp. Okrzyki te wydaje tak długo, aż przekona się, że jeszcze nie dostaje mata. Wtedy przestaje wykrzykiwać, robi szybko ruch – z reguły zły – i gdy tylko zastanawia się nad swym posunięciem – rozpoczyna swe biadolenie od początku.

Natomiast „grająca rączka” – to typ szachisty, który przez cały czas zastanawiania się nad swym posunięciem, ma wyciągniętą rękę nad szachownicą. Ręka jego bez przerwy krąży nad wszystkimi figurami, jednakże powzięcie decyzji nie przychodzi mu łatwo. Zdarza się też, że tego rodzaju szachista rękę swą cofa, to znów wysuwa do przodu.

Znakomity szachista niemiecki starszego pokolenia dr Siegbert Tarrasch, w swoim czasie zalecał w tych wypadkach... podkładanie sobie rąk pod siedzenie.

Myliłby się ten, kto by sądził, że nakreślone powyżej objawy są wynikiem zamierzonej złośliwości, bądź też obliczone są na utrudnianie gry przeciwnikowi. Nic podobnego! Sa to raczej prawidłowe odruchy, występujące w stanie silnego podniecenia nerwowego w ferworze walki. Nie miejmy więc o nie pretensji!

Na zakończenie – kilka słów do moich kolegów i przyjaciół – szachistów.

Nie bierzcie mi za złe, gdy ktokolwiek z Was znajdzie w niniejszym felietonie jakiś typ zblizony do siebie. Oświadczam uroczyście, ze nie Wy jesteście „prototypami” nakreślonych tu sylwetek. Wszak opisane tu typy „liczą się na pęczki”.

Prawda! Powiedzcie więc sobie twardo: „To nie mnie ma tu na myśli!”

Powrót do góry

Tabletki nasenne

Niecodzienny sposób przerwania partii szachów wymyśliła żona Walerego Stroczyńskiego z Siemianowic. Pan Walery, 65-letni emeryt, rozpoczął partię szachów w sobotę wieczór. Partnerem był jego brat Alojzy. Grali przez całą niedzielę i jeszcze przez całą noc na poniedziałek. Tego już było gospodyni domu za dużo. Gdy podała zapaleńcom którąś tam kawę, wmieszała każdemu do szklanki po 3 tabletki środka nasennego. Obaj szachiści zaraz potem zasnęli. Brata Walerego musiał jednak obudzić lekarz. Pan Alojzy spał bowiem przez cały poniedziałek, wtorek i środę. Dopiero w środę wieczór lekarz wprawdzie obudził śpiącego, zarządził jednak jego natychmiastowe przewiezienie do szpitala.

Express Wieczorny 30.04.1965

Powrót do góry

Największy turniej

Największy chyba turniej na świecie odył się w mieście Cardenas na Kubie. Na 1209 szachownicach grało 60.000 szachistów. Najmłodszym uczestnikiem tego turnieju był 10-letni Willi Circia, który na 17 rozegranych partii, wygrał 16!

Express Wieczorny 12.08.1965

Powrót do góry

Jedyne w ZSRR Muzeum Szachów

W Leningradzie znajduje się jedno z nielicznych w Europie, prywatne Muzeum Szachów. Jego twórcą i właścicielem jest Borys Dombrowski. Przez kilkadziesiąt lat zebrał on ponad 2.500 tomów traktujących o szachach. Jest także posiadaczem ponad 500 czasopism wydanych w Rosji i za granicą. Niektóre z nich pochodzą z połowy XVIII wieku.

Liczne komplety szachów stojących za szkłami witryn pochodzą z Europy, Azji, a nawet z Ameryki. Znajdują się tutaj okazy wykonane ze srebra, złota, brązu, kości słoniowej, a nawet miąższu chlebowego. Szczególną opieką właściciel otacza szachy, które były własnością Włodzimierza Lenina. Podarował je Leninowi jego stryjeczny brat prof. N. Wieretennikow.

Na półkach i ścianach wisi kilkadziesiąt szachownic sporządzonych z metali szlachetnych, kości słoniowej oraz cennych gatunków drzewa. Niemało także znajduje się rzadkich drzeworytów i obrazów traktujących o tematyce szachów.

Dombrowski jest także posiadaczem afiszów z całego świata, oraz portretów i autografów takich sław, jak: Capablanci, Aliechina, Botwinnika, Smysłowa i Tala.

Pierwszy eksponat Borys Dombrowski zdobył w 1925 roku. Od tej pory, co parę miesięcy przybywał jakiś rzadki okaz. Właściciel Muzeum mówi, że za niektórymi eksponatami „uganiał się” przez całe lata. Te cenne zbiory przeznaczył on dla Państwowego Muzeum historii szachów, które niedługo otworzy swe podwoje w Leningradzie.

Express Wieczorny 30.06.1962

Powrót do góry

Podwójny Król

W kilku ozdobnych kompletach szachowych, a także w „żywych szachach” w postaci króla, często przedstawiano Jana III Sobieskiego. Tak było w dwóch kompletach zaprojektowanych przez złotnika Nowakowskiego w 1977 i 1988 roku, a wcześniej w komplecie Skirmunttowej, nawiązującym tematycznie do odsieczy wiedeńskiej. W widowisku „żywych szachów” wystawionym na dziedzińcu wawelskim w 1927 roku, Jan III Sobieski też był główną figurą.

Często opisywali króla literaci i przedstawiali rysownicy. Na przykład Teofil Lenartowicz napisał wiersz o grze Jana na dworze króla francuskiego z Marią Kazimierą d`Arqusen, późniejszą żoną i królową polską „Marysieńką”. Rysowali króla Sypniewski i Uniechowski w „Pamiętnikach z czasów Jana III Sobieskiego”, Sarneckiego, jest wiele wzmianek o zainteresowaniach Króla szachami, chociażby opis ozdobnej szachownicy Króla, bogato inkrustowanej.

Powrót do góry

Nie ma młodych i starych

Zgodnie z dość powszechnym mniemaniem, najpiękniejszym wiekiem męskim, są lata 30-ste, mniejwięcej 32-36 rok życia. Istnieje wprawdzie powiedzonko „wiek męski – wiek klęski”, niemniej pozostaje faktem, że właśnie w tym okresie bardzo znaczna część przedstawicieli płci brzydkiej, istotnie osiąga optimum swych możliwości. Jest już przecież dostatecznie dojrzała, a daleko jej jeszcze do starości. Pogląd ten, podzielany przez wielu wybitnych naukowców  i poparty licznymi dowodami – daje się dopasować i do szachistów, chociaż...ilość „wyjątków potwierdzających regułę” jest bardzo duża, znacznie „większa” niż niezbędny jeden.

Na przykład problem „cudownych dzieci”. Czy wszystkie były istotnie „cudowne” – to inne zagadnienie, wiele „cudownych dzieci” nie zrobiło kariery, pamięć o nich szybko zaginęła, niemniej pozostaje faktem, że nauczywszy się grać w szachy w wieku 4-6 lat, i paru 10-12 latków, zapisało się na trwałe w historii szachów.

Legendarny Morphy, jako 12 letni chłopiec potrafił wygrać partię z silnym mistrzem Lowenthalem.

Capablanca w tym samym wieku został mistrzem Kuby. Rzeszewski Samuel (potem słynny Reshevsky) w wieku 9-10 lat dawał seanse gry jednoczesnej w licznych europejskich stolicach. Potem jednak – na szczęście! – przestano go tak eksploatować, i na szerszej arenie pojawił się dopiero w wieku 20 lat.

Sporo mówi się ostatnio o młodziutkim Nigelu Shorcie, mającym obecnie 13 lat – i kilka już pięknych osiągnięć. Fischer Robert został najmłodszym w historii szachów arcymistrzem w 15 roku życia. Jedną ze swych partii (z Byrnem D.) wygrał mając 13 lat. W niewiele starszym wieku, odnosili swe pierwsze wielkie sukcesy Spasski, Mecking, Hort... Listę tę można by oczywiście jeszcze wydłużyć.

Bardzo długa byłaby również lista wspaniałych turniejowych sukcesów odniesionych przez szachistów młodych, najwyżej 20-paroletnich. Przypomnijmy jedynie nazwiska Karpowa, Fischera, Spasskiego, Botwinnika, Tala, Korcznoja, Smysłowa, Bronsteina. A z dawniejszych lat Keresa, Fine`a, Reshevsky`go, Flohra, Capablancę, Rubinsteina, Pillsbury`ego i Laskera...

Z durgiej strony jednak warto pamiętać że np. Teichmann, Spielmann, Tartakower, Nimzowitsch czy Lewenfisch, osiągnęli szczyty swych możliwości – solidnie przekroczywszy 40-tkę. Furman i Ciocaltea zostali arcymistrzami – u progu 50-tki. Makarczyk mistrzem Polski – w wieku 47 lat.

A rekordy „długowieczności”? Bezsprzecznie rekordzistą, jeśli chodzi o wiek i długotrwałość kariery, był arcymistrz Mieses, który swój ostatni turniej międzynarodowy, rozegrał mając lat 83! Realnie zagrażać mu może tylko Lundin, który mając 75 lat, jeszcze nie schodzi z areny. Blackburne ostatni raz wystąpił na turnieju w 73 roku życia. Bernstein dokładnie w tym samym wieku, wygrał swą „partię życia” – z Najdorfem na poważnym międzynarodowym turnieju. Lasker, powróciwszy po wieloletniej przerwie na wielką arenę w wieku 66 lat, zdobył III nagrodę na wielkim turnieju w Moskwie w 1935 r., a rok później brał udział w jednym z największych turniejów wszystkich czasów w Nottingham 1936 r.

I tę listę wielkich fenomenów długowieczności można by nieco wydłużyć, chociażby nazwiskami Reshevsky`ego i Najdorfa, którzy dobiegając 70-tki, walczą jeszcze w poważnych turniejach.

Wygrywali turnieje mistrzowie bardzo starzy, bardzo młodzi i średniego – najlepszego pokolenia. Steinitz został pierwszym oficjalnym mistrzem świata w wieku 51 lat! W dodatku – bijąc znacznie młodszego Zuckertorta. Broniąc z powodzeniem zdobytego tytułu w meczach z młodszymi rywalami, utracił go dopiero na rzecz Laskera, od którego starszy był przeszło dwukrotnie. Lasker po 27 latach królowania, przegrał z Capablancą, młodszym o 20 lat Kubańczykiem, dodajmy na Kubie, gdzie zmęczył go upał, ale potrafił go potem wyprzedzić w 3-ch wielkich turniejach. Aliechin potrafił w meczu rewanżowym, odebrać tytuł mistrza świata znacznie młodszemu Euwemu, tej samej sztuki dokonał za drugim razem w wieku 50 lat Botwinnik, w meczu ze Smysłowem i przeszło dwukrotnie wówczas młodszym od siebie Talem.

Wniosek może być tylko jeden: unikajmy uogólnień. 14-letni Fischer irytował się, kiedy go traktowano jak dziecko i nazywano „Bobbym”. Wielu arcymistrzów starszego dziś pokolenia, bardzo nie lubi, gdy nazywać ich „zasłuzonymi weteranami”. Po 50-tce, a nawet po 60-tce, można jeszcze czasem grywać równie silnie, jak w „kwiecie wieku”, doświadczenie i rutyna mogą okazać się niebezpieczną bronią, jak młodzieńczy temperament, odwaga, polot. Słowa 56- letniego dziś Smysłowa: „Nie ma szachistów młodych i starych, są dobrze i żle grający”! – powinny właściwie służyć za motto do niniejszych przydługich rozważań.

Powrót do góry

Kilka takich sobie wspomnień

W dawnych dla wielu naszych młodych szachistów „przedhistorycznych czasach”, mniejwięcej 25-30 lat temu, w pierwszy okresie istnienia miesięcznika „Szachy”, redakcja nasza otrymała pocztą pewną partię, ciekawą i nieźle skomentowaną, króra postanowiła zamieścić ze względu na jej wartość, mimo że nazwiska zarówno partnerów, jak komentatora niewiele mówiły. Wzmożoną „czujność” redakcji wzbudził jednak fakt, że w komentarzu powołano się na pewną partię, wygraną przez niejakiego „Dżedda”. Zarówno Wróblowi, jak Czarneckiemu i mnie, ten „Dżedd” wydał się mocno podejrzany, nikt z nas nigdy nie słyszał o takim mistrzu. Znany dziś arcymistrz Dżindżichaszwili miał wówczas najwyżej kilka lat. Nieżmietdinow miał „ż” w srodku, żaden znany mistrz nie zaczynał się na „Dż”, czy „Dz”. Mimo iż źródeł poważniejszych bibliotek, było wtedy w Polsce bardzo mało – udało się nam jednak w końcu rozszyfrować „Dżedda”! Przy jego nazwisku, komentator podał datę, rok rozegrania partii, udało nam się dociec, że opierał się on na pewnym popularnym u nas wówczas radzieckim podręczniku debiutowym. Pewnym utrudnieniem była okoliczność, że podręczniki rosyjskie podawały w tamtych latach rok i miejsce rozegrania partii tylko wówczas, gdy grali ją zawodnicy radzieccy albo gdy rozgrywano ją na terenie ZSRR, w przeciwnym razie ograniczano się jedynie do podania roku, a czasem i o tym zapominano. „Dżedd” okazał się po prostu amerykańskim mistrzem polskiego pochodzenia Juddem, który tak właśnie się pisze, a „Dżedd” czyta, nawiasem mówiąc, dość znanym i odnoszącym wcale piękne sukcesy na przełomie XIX i XX wieku.

Jeszcze przed wojną, jako bardzo młodzi wówczas ludzie, studiowaliśmy z późniejszym znanym mistrzem A. Pytlakowskim jakiś holenderski podręcznik teoretyczny, który przypadkowo wpadł nam w ręce. Nie znaliśmy oczywiście holenderskiego i nadzwyczaj zainteresował nas niejaki „Aldus”. Musiał to być znakomity szachista, bez przerwy znajdowaliśmy jego nazwisko w towarzystwie największych mistrzów. Czytaliśmy ciągle zwroty: „Aldus Lasker”, „Aldus Capablanca”, „Aldus Aliechin”, „Aldus” prawie zawsze „miał rację”, był autorem najsilniejszych posunięć, okazał się nadzwyczaj długowieczny, ale nigdy jakoś z tym nazwiskiem nie spotykaliśmy się. Tajemnica wyjaśniła się szybko: „Aldus” to po prostu po holendersku „według”. „Aldus” nie wygrywał zatem partii z Laskerem czy Aliechinem, ale wspomniane „silne ruchy” były autorstwa Laskera i Aliechina.

Jeśli w czeskiej książce czytamy, że jakiś turniej odbył się „ve Vidnu”, czy „v Norimberku” – wszystko jest w porządku, wiemy, że chodzi o Wiedeń i Norymbergę. Warto jednak pamiętać, że w języku węgierskim Wiedeń nazywa się Becs, a jeśłi w jakiejś książce judosłowiańskiej, napisanej w języku słoweńskim, przeczytamy, że partię grano „na Dunaju” – nie będzie to znaczyć, że grano ją płynąc łódką, kajakiem, czy statkiem po tej pięknej rzece, ale, że grano ją w Wiedniu.

Tego rodzaju pułapek, w które wpaść doprawdy nietrudno – jest oczywiście znacznie więcej. Pamiętam, że w parę lat po wojnie w jednym z naszych pism o dużym nakładzie, pojawił się duży artykuł pod cztero szpaltowym tytułem: „Festiwal filmowy w Benatkach”. Napisany był żywo i ciekawie, przeszdł jednak do historii naszej prasy z innego powodu: autor opierał się na źródłach czeskich i zapomniał o drobiazgu – Wenecja to właśnie po czesku: „Benatky”, nieszczęsne Benatky!

Popularny tygodnik szachowy „64” wpadł niedawno w drugą klasyczną czeską „pułapkę”: powołał się na jakąś partię graną w Kodań, cała rzecz w tym, że Czesi tak właśnie nazywają Kopenhagę, i o nią to właśnie chodziło.

Wyniuchanie źródła takich i tym podobnych błędów, nie jest sprawą trudną. Mimo wielkich starań, nie udało mi się jednak niestety dociec przyczyny innego, zabawnego i – co gorsza – takiego, który przeniknął już do innych publikacji. Jak wiadomo „Lengyelorszag” to po węgiersku Polska, Lengyel to Polak. I oto w bardzo znanej książce arcymistrza Kotowa „Szachmatnoje naslednije AA Aliechina” czytamy, że Aliechin grał w 1941 i 1942 roku w dwu turnieju w „Lengielu” (!)

Jestem przekonany, że po przeczytaniu tego wszystkiego, znaczna część Czytelników wzruszy ramionami i stwierdzi, że stary ględzi, nie ma już nic do powiedzenia, i zebrało mu się na wspominki. Na szczęscie jednak szachy nie dla wszystkich ograniczają się do polowania na sukcesiki, punkciki, „nowości” i „pseudonowości”.

Powrót do góry

Najstarsze szachy świata

Prawdopodobnie najstarsze szachy świata znaleźli archeolodzy w Uzbekistanie. Pochodzą one z II wieku naszej ery i są wykonane z kości słoniowej. Znany angielski orientalista Murray w swojej książce :Historia szachów”, okresla natomiast okres powstania tej królewskiej gry na V wiek.

Archeolodzy radzieccy znaleźli figury szachowe w dolinie Surchandarja, w południowym Uzbekistanie. Dwie z nich przedstawiają mniatury słonia i zebu. Przypuszcza się, ze były to szachowa królowa i wieża. Szachy odkopano w 2 metrowym pokładzie gliny, pod budynkiem mieszkalnym w starej osadzie. Było to dawniej miasto, leżące na terenie starożytnego państwa, które na przełomie ery starożytnej i nowożytnej, rozciągało się na obszarach dzisiejszych północno-zachodnich Indii, Pakistanu, Afganistanu, południowego Uzbekistanu i Tadżykistanu.

Powrót do góry

Mecz z oryginalnymi debiutami

Rozegrany niedawno w Rzymie mały uzupełniający mecz o prawo udziału w przyszłorocznych turniejach międzystrefowych, między wybijającym się ostatnio młodym arcymistrzem włoskim Mariottim i portugalskim „weteranem” mistrzem Durao, zakończył się zgodnie z oczekiwaniami gładkim zwycięstwem Mariottiego 3:0.

Ciekawsze od wyniku były jednak.... debiuty, traktowane pzez obu rywali co najmniej – jakby się delikatnie wyrazić – „nieszablonowo”. Mały przykład - 2 partia meczu, Mariotti-Durao rozpoczęła się tak:

1.f4 d5, 2.Sf3 h5, 3.e3 Sh6, 4.b3 Gg4... No, no! Takich ruchów jak 2...h5, nie powstydziliby się chyba najodważniejsi nawet eksperymentatorzy i poszukiwacze nowych dróg – z Nimzowitschem, Bronsteinem i Larsenem na czele!

Powrót do góry

Ciekawy seans

Pewnego razu w seansie gry równoczesnej wydarzyła się następująca historyjka. Zagrano 1.e4 e6, 2.d4 d5, 3.Sc3 de4, 4. S:e4 Sd7, 5.Sf3 Sgf6. 6.Seg5 Ge7 i w tym momencie symultanista ofiarował Skoczka, grając 7.S:f7 K:f7, 8.Sg5+ i poszedł dalej, walczyć na innych szachownicach. Gdy znów podszedł do szachownicy z powyższą pozycją, jego przeciwnik miał zmartwioną minę i z powąypiewaniem kiwał głową.

- Nie podoba się Panu moja pozycja? – spytał mistrz.

-    Oczywiście, że nie. Po 8....Ke8 zagra Pan 9.S:e6+, po 8....Kf8 będzie 9.:e6, a po 8....Kg8, 9.S:e6 He8. 10.S:c7 i tracę Wieżę.

-    No cóż – rzekł mistrz – jeśli białe stoją tak świetnie, to zamieńmy się kolorami. Ja zagram czarnymi, a Pan białymi.

- Bardzo chętnie – ucieszył się amator, który już widział swoje zwycięstwo.

-  A więc – kontynuował rozmowę symultanista – gram 8....Kg8.

Dalszy przebieg partii jest bardzo pouczający. Nastąpiło (zgodnie z wcześniejszą „analizą” amatora) 9.S:e6 He8, 10.S:c7?? Gb4!! mat. Jaką minę miał przeciwnik mistrza, tego opisać nie możemy. Natomiast warto powiedzieć, że identyczny przebieg miała partia w mistrzostwach Niemiec w 1950 roku, pomiędzy Lohmannem i Teschnerem, w której białe również w 10 ruchu dostały mata.

Oczywiście, gdyby zamiast grać 10.S:c7, białe zagrały 10.Gc4! to miałyby lepszą pozycję i wygraną partię. Ale błąd jest tak narzucający się, że trudno mu się oprzeć! Errare Humanum est!

Powrót do góry

Długa seria zwycięstw

Eksmistrz świata Michaił Tal  w przeciągu kilkunastu miesięcy w 1972 roku i 1973, biorąc udział  w finale 40 mistrzostw ZSRR i w kilku międzynarodowych turniejach – na przestrzeni 82 partii, nie poniósł ani jednej porażki (!, przegrywając dopiero w meczu-turnieju 3-ch ekip ZSRR – I , II i młodzieżowej – w maju 1973 r. w Moskwie z Bałaszowem. Wynik fantastyczny, przede wszystkim z uwagi na wysoką klasę partnerów, z których mniej więcej połowę stanowili arcymistrzowie, chyba  jednak nie rekordowy...

Arcymistrz Salo Flohr w latach 1934-1935 grając m.in. na Olimpiadzie Warszawskiej, oraz dwu wielkich i kilku mniejszych międzynarodowych turniejach, rozegrał nie ponosząc porażki 89 ! partii, chociaż raczej na słabszym nieco niż Tal dystansie.

Przez najdłuższy okres udawało się niegdyś „zachować cnotę” Capablance, nie zakosztował on goryczy porażki w ciągu całych 8 lat ! w okresie 1916-1924, wygrywając w tym czasie m.in. mecz o mistrzostwo świata z dr Laskerem i biorąc udział w kilku pięknych turniejach, łącznie jednak wielki Capa rozegrał w ciagu tych 8 lat turniejowych i meczowych partii – nie więcej niż 60.

Powrót do góry

Najdłuższa seria ruchów Hetmanem

W partii Cohn-Salwe rozegranej na wielkim turnieju w St.Petersburgu w 1909 roku, Cohn broniąc właściwie beznadziejnej końcówki, wykonał 44 kolejne ruchy Hetmanem, ale i tak partię przegrał.

Nie jest to jednak rekord, ponieważ w czasie meczu Mason-MacKenzie, rozegranego w Londynie, przed równo wiekiem, Mason wykonał aż 72 posunięcia Hetmanem i MacKenziemu nie udało się odnieść zwycięstwa.

Doprawdy należy podziwiać opór lub upór graczy. Ale i w tym również kryje się tajemnica piękna szachów.

Powrót do góry

Nerwy

Pisaliśmy niedawno w tym miejscu o dramatycznym przebiegu międzystrefowego turnieju w Sztokholmie, w szczególności o zaciętej i „bratobójczej” walce, jaką musieli stoczyć dawj zawodnicy radzieccy, a mianowicie Stein i Korcznoj. Rozstrzygnięcie padło w ostatniej rundzie.

Jak to się stało?

Zgodnie z regulaminem turnieju, do ostatecznej eliminacji z cyklu rozgrywek o mistrzostwo świata, tj. do tzw. turnieju kandydatów mogło zakwalifikować się co najwyżej 3-ch zawodników radzieckich. Prawo to wywalczyli sobie już na kilka rund przed końcem turnieju arcymistrzowie Petrosjan i Geller. Natomiast o losie 3-go uczestnika radzieckiego, miała zadecydować ostatnia runda.

Nic dziwnego, że do ostatniej partii obaj zainteresowani zawodnicy radzieccy przystąpili z rozdygotanymi nerwami. Arcymistrz Korcznoj miał nieco łatwiejszego przeciwnika, a mianowicie Kanadyjczyka Yanoffsky`ego, podczas gdy Stein musiał grać z arcymistrzem Olafssonem, ,przeciwnikiem bardzo groźnym. A drugiej jednak strony Stein był tym, który na przestrzeni ostatnich kilku rund zdołał dognać Korcznoja. Miał więc on za sobą przewagę psychologiczną. Również i w szachach przeważnie dognany traci wiarę w siebie i traci na dalszym dystansie wywalczoną uprzednio przewagę.

Tym razem jednak pozostał dystans... zaledwie jednej rundy. Już po kilkunastu posunięciach obaj zawodnicy radzieccy, znaleźli się w bardzo trudnych, niemalże przegranych pozycjach. Przeciwnik Steina konsekwentnie zwiększał swą przewagę. Pod silnym naporem Stein zrobił gruby błąd, i już w 32 posunięciu zmuszony został do kapitulacji. Natomiast w partii Yanoffsky-Korcznoj arcymistrzowi radzieckiemu wyraźnie pomogło szczęście. W beznadziejnie przegranej pozycji, znajdując się w dodatku w silnym niedoczasie, Korcznoj potrafił nieco skomplikować pozycję...

Yanoffsky, mając dostatecznie dużo czasu, zagrał zbyt szybko, co dało rutynowanemu Korcznojowi pewne kontrszanse. Kanadyjczyk w dalszym ciągu grał szybko i niedokładnie. Kiedy minęła kontrola czasu, Kandyjczyk doszedł do przekonania, że wytworzona pozycja nie daje mu już żadnych szans na wygraną, wobec czego sam zaproponował remis. Propozycja została rzecz jasna, natychmiast przyjęta przez uszczęśliwionego Korcznoja.

Zadecydowało więc lepsze opanowanie nerwowe, większy hart ducha... odrobina szczęścia.

Powrót do góry

Jak wygrywa się partię szachową

Pytanie to ma charakter czysto retoryczny. Ogólnie rzecz biorąc - odpowiedź jest prosta: trzeba daną partię grać lepiej od swego przeciwnika.

Ale na pytanie to, zadawane wielu znakomitym szachistom, padło szereg bardzo ciekawych, a niejednokrotnie i dowcipnych odpowiedzi.

Oto jeden z naszych czołowych reprezentantów w okresie międzywojennym, arcymistrz Sawielly Tartakower, nie tylko wyśmienity szachista, teoretyk i publicysta szachowy, ale zarazem czarujący i dowcipny człowiek, odpowiedział:

- Wystarczy wstawić skoczka na e5, a potem dać przeciwnikowi mata.

Znany również ze swego humoru, wyśmienity szachista angielski Blackburne oświadczył, krótko:

- Nie udało mi się jeszcze nigdy w życiu wygrać ze zdrowym szachistą...

Natomiast arcymistrz Miguel Najdorf w czasie jednej z jego prelekcji, wygłoszonych podczas niedawnego pobytu w Warszawie, oświadczył:

- Partię szachową można wygrać, tylko w wyniku jakiegoś błędu popełnionego przez przeciwnika. Ale do tego potrzebne jest, aby jeden z graczy czuł się tego dnia wyśmienicie, a jego przeciwnik żle – np. aby bolał go ząb, aby był po nieprzespanej nocy czy też kłótni z teściową. Jeśli się natomiast zdarzy, że i ty czujesz się nie najlepiej, że wymienione dolegliwości spotkały właśnie ciebie, to wówczas wygrać możesz partię tylko pod warunkiem, że dolegliwości przeciwnika są jeszcze większe...

Powrót do góry

Grajmy śmielej

Między graczami niższych kartegorii, a także wśród szachistów nie skwafikowanych, panuje moda grywania długich, szeroko rozpracowanych wariantów, kosztem debiutów, rzekomo przestarzałych i niepoprawnych.

Grywane dawniej gambitowe kontynuacje, jak np. gambit królewski, łotewski, kontrgambir Falkbeera (1.d4 d5, 2.c4 e5), czy prowadzące do podobnych pozycji obrona Aliechina, zostały zarzucone. Zamiast tych ostrych otwarć, grywane są warianty znane nieraz do 30 posunięcia. Nic bardziej szkodliwego, zwłaszcza dla młodego szachisty! Uczenie się i grywanie tasiemcowych wariantów, nie sprzyja rozwojowi talentu, niszczy indywidualność szachisty.

Zachęcamy do grania gambitów! Ostatnio nawet arcymistrzowie nie wahają się wracać do wariantów ocenianych przez teorię, jako ryzykowne, ale przynoszących ostrą walkę z wzajemnymi szansami. Dla przykładu: arcymistrz Spasski wygrał ostatnio partię z arcymistrzem Bronsteinem, grając białymi gambit królewski, mimo że Bronstein uchodził za znawcę tego gambitu!

Ten sam szachista wygrał wiele partii gambitami: łotewskim i Falkbeera. Mistrz ZSRR Wiktor Korcznoj grając w przedostatniej rundzie mistrzostw z Gellerem, aby zdobyć pierwsze miejsce, musiał za wszelką cenę zwyciężyć. Nie zawahał się on wybrać obronę Aliechina, wygrał po interesującej walce i zdobył tytuł.

Powrót do góry

Ciekawostki z Curacao

Samolot z zawodnikami radzieckimi odlatującymi do Curacao,wystartował z lotniska Szeremietiewo w Moskwie. Rzecz jasna arcymistrzów radzieckich odprowadzała poważna ilość „kibiców”, nie mówiąc o „oficjelach” i najbliższej rodzinie. Wygląd zewnętrzny zawodników radzieckich był bardzo różny.

I oto na podstawie tylko WYGLĄDU ZEWNĘTRZNEGO próbował typować kolejność ich w turnieju kandydatów, znany arcymistrz i dziennikarz szachowy Salo Flohr. Oto jego typy:

  1. Keres

  2. Petrosjan

  3. Geller

  4. Korcznoj

  5. Tal

Zdumiewająca zdolność przewidywania. Wszak wynik  końcowy turnieju w Curacao potwierdził całkowicie prognozę Flohra, z tą jedynie korektą, że na 1-ym miejscu uplasował się Petrosjan.

Skoro już mowa o prognozach Flohra, to trzeba wspomnieć o jeszcze jednej bardzo wnikliwej prognozie. Mianowicie Flohr zwrócił uwagę nie tylko na fakt, że Tal przeszedł na krótko przed rozpoczęciem turnieju w Curacao, operację nerek, ale również przeanalizował on wynik Tala w poprzednim turnieju kandydatów w Jugosławii. Z analizy tej wynikało, że w poprzednim turnieju kandydatów, zakończonym wspaniałym zwycięstwem Tala, eksmistrz świata zdobył 14,5 pkt z 16 partii z zawodnikami nieradzieckimi, natomiast z zawodnikami radzieckimi uzyskał jedynie 5,5 pkt z 12 partii. W przeciwieństwie do poprzedniego turnieju kandydatów, w Curacao grało nie 4, lecz tylko 3 zawodników nieradzieckich, a wśród zawodników radzieckich w Curacao grał Korcznoj, najtrudniejszy dla Tala przeciwnik oraz Keres, z którym w poprzednim turnieju Tal „zrobił” zaledwie 1 punkt z 4-ch partii. Na podstawie tych danych Flohr wysnuł wniosek, że Talowi nie można wróżyć wielkiego sukcesu w Curacao. I rzeczywiście. To się nazywa „sportowy nos”!

Wyjaśnić jeszcze trzeba, dlaczego Korcznoj jest dla Tala najgroźniejszym Przeciwnikiem. Najlepiej to ilustruje nastepujące określenie samego Korcznoja. Otóż w pewnej rozmowie Korcznoj oświadczył, że stosunek jego dotychczasowych spotkań z Talem wynosi 7:7. Ale po chwili dodał z uśmiechem : „To znaczy 7 wygranych i 7 remisów”!

Podaliśmy niedawno wyniki „kandydatów” między sobą przed rozpoczęciem turnieju w Curaca. A jak wyglądają dotychczasowe wyniki „kandydatów” z aktualnym mistrzem świata Botwinnikiem? Otóż z zawodników nieradzieckich Fischer nie rozegrał dotąd ani jednej partii. Filip i Benko zmierzyli się z Botwinnikiem po 1-ym razie. Obaj oni uzyskali wynik remisowy. Natomiast z zawodnikami radzieckimi, wyniki Botwinnika są następujące:

  • z Talem, z którym rozegrał dwa mecze o mistrzostwo świata wynik brzmi 21,5:20,5 na korzyść Botwinnika

  • Z Keresem stosunek ten jest jeszcze korzystniejszy dla mistrza świata i wynosi 11:7

  • Z Korcznojem 3:3

A jak wygląda ten stosunek w spotkaniach z Petrosjanem – najbliższym przeciwnikiem Botwinnika w meczu o mistrzostwo świata?  3 remisy! Z Gellerem - Botwinnik ma ujemne saldo 1,5:3,5.

Ostatni cykl rozgrywek o mistrzostwo świata, którego końcowym etapem był turniej kandydatów w Curacao, wywołał duże rozgoryczenie wśród uczestników tego turnieju. Przedewszystkim tych, którzy grali w Sztokholmie. Dlaczego? Otóż turniej w Sztokholmie miał aż 22 rundy. Tego rodzaju maraton dać się musiał mocno we znaki również, a może raczej przedewszystkim jego zwycięzcom, którzy zakwalifikowali się do turnieju kandydatów. Ten ostatni zaś rozpoczął się zaledwie po upływie 6 tygodni od dnia zakończenia turnieju międzystefowego w Sztokholmie. Kiedyż więc mieli odpocząć, a kiedy przygotować się do ostatniej eliminacji przyszli „pretendenci”? Zresztą sam turniej był swego rodzaju „maratonem”. Wszak trwał on dokładnie 2 miesiące ! i wymagał kolosalnej kondycji fizycznej i psychicznej od jego uczestników.

W związku z tym warto tu przytoczyć dowcipną wypowiedż arcymistrza Miguela Najdorfa. Kiedy przed rozpoczęciem kandydatów, zwrócono się do niego z prośbą o wytypowanie zwycięzcy tego „maratonu”, Najdorf odpowiedział:

- Zwycięży ten, kto zdoła o własnych siłach dojść do swego stolika na ostatną rundę!”.

Był to żart, ale... w każdym żarcie jest odrobina prawdy. Istotnie, pod koniec turnieju, wszyscy jego uczestnicy byli „wypompowani” zupełnie. Wystarczy porównać wyniki czołowej trójki w poszczególnych kołach turnieju, aby przekonać się, w jak raptowny sposób spadła wydolność arcymistrzów pod koniec imprezy:

Petrosjan – 1 koło 4 pkt z 7,  2 koło 5 pkt,   3 koło 5 pkt,     4 koło 2,5 z 6.

Keres       -          4                       4,5                6!                  2,5

Geller       -          4                       5                   5                  3

Turniej kandydatów znajdował się przez cały czas jego trwania w centrum uwagi prasy sportowej. „Ceskoslovensky Sach” interesował się przede wszystkim wynikami Filipa. Niestety –arcymistrz czeski, już po kilku pierwszych  rundach zrozumiał, że turniej ten jest dla niego zbyt trudny, i będzie musiał się on pogodzić z ostatnim miejscem. Nie wpłynęło to rzecz jasna „budująco” na jego samopoczucie. Dlatego też grał on w sumie w Curacao nawet słabiej niż normalnie. W opisie jego partii „Ceskoslovensky Sach” wpadł w pewien szablon, pisząc:

- Nasz dr Filip dodrze rozegrał debiut, uzyskał inicjatywę, ale w końcu... przegrał.

Szachiści nie wyciągają rzecz jasna zbyt daleko idących wniosków w takich przypadkach. Wszak również i w turnieju kandydatów, ktoś musi być ostatni.

Czy wiecie w jaki sposób żegnali swych faworytów przed ich odjazdem z miejsca zamieszkania na turniej kandydatów? Oto życzenia kibiców Estonii pod adresem Keresa: „No staruszku, albo teraz, albo nigdy”! Cała Ryga zebrała się na dworcu, by powiedzieć Talowi: „Misza, my wierzymy w Ciebie. Musisz zrobić wszystko, by powtórzyć wynik poprzedniego turnieju". Podobno kibice moskiewscy, a szczególnie szaciści ormiańscy, głośno wykrzykiwali na lotnisku Szeremietiewo pod adresem Petrosjana: „Tigran, zapomnij o remisach!” Szachiści odescy mają rzecz jasna tylko jednego ulubieńca – Gellera. Jak twierdzi arcymistrz Flohr – odesici starali się przekonać Gellera, że tylko jednej rzeczy brak Odessie, a mianowicie „własnego” mistrza w szachach. Najprostsze zadanie mieli naturalnie leningradczanie, którzy ograniczyli się do wytłumaczenia Korcznojowi, że jego imię Wiktor oznacza zwycięstwo – a to przecież do czegoś zobowiązuje.

Większość „kibiców” szachowych spodziewała się, że w Curacao walka o 1-sze miejsce rozegra się pomiędzy najmłodszyni uczestnikami – Talem i Fischerem. Jednakże 3 porazki z rzędu na starcie wykazały, że Tal po przebytej operacji nerek, nie koże być brany pod uwagę. Fischer po nieudanym starcie, na półmetku turnieju niemalże dognał czołówkę, ale w tym momencie ponownie doznał goryczy porażki, i musiał się pogodzić z dalszym miejscem. W wyniku końcowym Fischer zajął 4 m-ce.

Czy jest to dobry, czy też zły? Zdania są podzielone. Jedni twierdzą. Że jest to miejsce odpowiadające aktualnemu poziomowi, reprezentowanemu przez Fischera. Inni uważają, że Fischer zagrał znacznie poniżej swych możliwości. Bardzo obiektywnie ocenł grę Fischera w Curacao radzicki arcymistrz Aleksander Kotow:

- Z zaciętością gra ostatnie partie Robert Fischer. Szachowe wiatry Curacao już dawno wywiały z głowy Fischera wszystkie myśli o łatwym zwycięstwie. Teraz stara się on „uratować swój honor” (artykuł był pisany przed zakończeniem turnieju w Curacao) i przy okazji nabrać rutyny, dla czekających go w przyszłości spotkań. Trudno jest ocenić wynik Fischera, jedni twierdzą, że nie powinien on zająć wyższego miejsca, inni oceniają jego wynik, jako niepowodzenie. Uważam, ze Fischer nawet w trudnej sytucji turniejowej wykazał, że jest wspaniałym „zabijaką szachowym”, że jest szachistą o nader rzadkich zaletach. Walczył z odwagą, a jego partie były niezwykle treściwe.

Przed rozpoczęciem turnieju kandydatów młody – 19 letni – mistrz USA, Robert Fischer złożył dość zobowiązujące oświadczenie. Zapowiedział napisanie w 1963 roku książki pt: „Jak pokonałem Botwinnika”. Z tytułu tej książki – której nie sądzone będzie się ukazać – wynikało, że Fischer w ogóle nie wątpił ani na chwilę o końcowym wyniku turnieju w Curacao, i jako pewnego zwycięzcę widział jedynie siebie.

A jak na to dość buńczuczne oświadczenie zareagował Botwinnik? Otóż w czasie turnieju w Moskwie, zorganizowana została konferencja prasowa, na której zadano Botwinnikowi szereg pytań. m.in. na pytanie” Co sądzi mistrz świata o Fischerze? – Botwinnik dał bardzo wysoką ocenę grze amerykańskiego arcymistrza, ale na zakończenie dodał: „Mimo wszystko jednak Fischer nie jest tak groźny, jak mniema on sam!

Warto zwrócić uwagę na bardzo istotną okoliczność. Otóż po  niudanym starcie (po dwóch kolejnych porażkach) Fischer zmuszony został do wyjątkowo trudnej taktyki turniejowej, a mianowicie go grania każdej partii na wygraną, Taka gra w tak poważnym i długim turnieju, kosztuje znacznie więcej wysiłku, niż „normalna” taktyka stosowana przez zwycięzcę turnieju Petrosjana, a mianowicie: remis z konkurentami i wygrana z outsiderami. Rzecz jasna, że na tak długim dystansie i przeciwko takim tytanom szachownicy jak Petrosjan, Keres, Geller, Korcznoj czy Tal, taka taktyka skazana jest na niepowodzenie. A mimo to Fischer pozostał jej wierny aż do samego końca, nawet wówczas, gdy było już jasne, że 1-sze miejsce jest poza zasięgiem jego możliwości. Ta bojowość młodego amerykanina zyskała mu wiele sympatii, nawet wśród konkurentów.

O największym pechu może mówić arcymistrz Paul Keres. Już od 25 lat bezskutecznie walczy o prawo rozegrania meczu o tytuł mistrz świata. W 1937 r. wygrał bezapelacyjnie nieoficjalny turniej pretendentów w Semmering-Baden. Jednakże ówczesny mistrz swiata Euwe, musiał najpierw rozegrać rewanżowy mecz z Aliechinem. Mecz ten Euwe przegrał, a Aliechin nie uznawał żadnych uprawnień FIDE do narzucania mu przeciwnika w walce otytuł. Po wojnie Keres już po raz czwarty (!) kończy turniej jako drugi! Straszny pech.

Ale też Keres – jak to się mówi – jest „sobie sam winien”. W Amsterdamie w 1956 r., w momencie, gdy miał największe szanse na zwycięstwo – przegrał z outsiderem turnieju- Filipem. Historia powtórzyła się i w Curacao. W przedostatniej rundzie turnieju, gdy Keres znajdował się wraz z Petrosjanem na czele tabeli, Estończyk poniósł nieoczekiwaną porażkę z Benko! A czy wiecie, jaki był w tym momencie stosunek zwycięstw w spotkaniach między Keresem i Benko? 7:0 dla Keresa.

Przed wyjazdem na Curacao, szachiści radzieccy prawie dokładnie wyliczyli, ile punktów będzie miał zwycięzca turnieju kandydatów. Według tego wyliczenia 18 punktów powinno zapewnić 1-sze miejsce. Istotnie – zwycięzca Petrosjan uzyskał 17,5 pkt, ale z 27 partii, a nie z 28 (jak wiadomo – w ostatnim kole nie uczestniczył Tal).

Nawet prasa radziecka w podsumowaniu imprezy zwracała uwagę na tę okoliczność, że w spotkaniach pomiędzy pierwszą trójką, tj Petrosjanem, Keresem i Gellerem, padło 12 wyników remisowych. W żadnej partii pomędzy tymi zawodnikami nie było zwycięstwa któregokolwiek z nich! Arcymistrz Kotow pisze na ten temat:

- Szkoda, że ci najbardziej „uzbrojeni” na Curacao, opuszczali broń bez walki podczas spotkań pomiędzy sobą.

W przeciwieństwie do poprzednich 3-ch turniejów kandydatów, turniej w Curacao zakończył się minimalnym, bo zaledwie półpunktowym zwycięstwem Petrosjana. Keres i Geller, którzy uplasowali się na dzielonym 2-3 miejscu, uzyskali zaledwie pół pukntu mniej. Trzeba przypomnieć, że Smysłow uzyskał w Zurychu w 1953 r. dwupunktową przewagę nad Keresem, Bronsteinem i Reshevsky`m, a w Amsterdamie w 1956 r. półtorapunktową przewagę nad Keresem. Również i Tal w 1959 r. wyprzedził Keresa o półtora punktu.

Zwycięzca w Curacao Tigran Petrosjan dokonał nie lada sztuki. Oto jako jedyny uczestnik tego szachowego maratonu, nie poniósł on ani jednej porażki w 27 partiach! Ponadto w spotkaniach z poszczególnymi konkurentami uzyskał: z Keresem 2:2, z Gellerem 2:2, natomiast wszystkie pozostałe mecze rozstrzygnął na swoją korzyść. Wspaniały wynik!  W dotychczasowej historii turniejów kandydatów, jedynie Bolesławski w pierwszym turnieju kandydatów nie poniósł ani jednej porażki, ale...podzielił on wówczas 1-2 miejsce z Bronsteinem, i w dodatkowym meczu został przez niego pokonany.

Oceniając wyniki turnieju kandydatów włoski dziennik „Tempo” w ten sposób skwitował wynik Fischera, oraz zapowiedż napisania przez  niego książki o zwycięskim meczu z Botwinnikiem:

- Nie obiecuj smażonej ryby, dopóki nie masz w ręku mokrej.

Znany satyryk radziecki Eugeniusz Iljin, znany jest ze swych gorących sympatii dla szachów. Po po zakończeniu turnieju kandydatów, napisał on wiersz, w którym życzy Petrosjanowi, aby po uzyskaniu przydomka „niepokonanego mistrza” zdołał wywalczyć jeszcze bardziej zaszczytny przydomek „mistrza zwycięstw”. Jest to wyraźna aluzja do zbyt ostrożnej gry Petrosjana, którego taktyka turniejowa sprowadza się do zasady: nie przegrywać żadnej partii, remisować z konkurentami, wygrywać z outsiderami. Ale aby zdobyć tytuł mistrza świata, trzeba będzie tę taktykę nieco zmienić i nawet z równorzędnym przeciwnikiem grać na zwycięstwo.

Organizatorzy turnieju w Curacao witali uczestników imprezy na lotnisku „chlebem i solą”. Z tą małą róznicą, że „chleb i sól” w tym wypadku zastępował kieliszek oryginalnego likieru „Curacao”.

Pewnego dnia do Willemstad przycumował amerykański statek z turystami. Główny sędzia trunieju Holender de Graaf, dowiedziawszy się o tym, pobiegł na salę turniejową i... zamknął ja. Po dokonaniu tej czynności oświadczył:

- Zbyt dobrze znam amerykańskich turystów. Na pamiątkę zabraliby oni z sali turniejowej wszystko, co się w niej znajduje.

Na pomysłową reklamę wpadł jeden ze sklepów z obuwiem w Willemstad. Oto napis jaki ukazał się na wystawie tego sklepu:

- Prawidłowy ruch możesz zrobić jedynie w pantoflach, zakupionych w naszej firmie.

Na Curacao wydawano dla wygody turystów codzienny biuletyn, zawierający wykaz imprez na wyspie: repertuar kin, teatrów, adresy nocnych klubów itd. W czasie trwania turnieju kandydatów, w biuletynie tym, w ten sposób reklamowano powyższą imprezę:

- W Hotelu Intercontinental można oglądać walkę „młodzieńca z Brooklynu” (tj. Fischera) z pięcioma radzieckimi arcymistrzami.

 W czasie trwania turnieju, rozegrany został telegraficzny mecz Curacao-Holandia. Mecz zakończył się sensacyjnym zwycięstwem Curacao 3,5:2,5! Tajemnica tego sukcesu leży w tym, że na prośbę organizatorów w reprezentacji Curacao, zagrali dwaj arcymistrzowie radzieccy: kierownik ekipy Jurij Awerbach i sekundant Izaak Bolesławski.

W połowie turnieju przybyły do Willemstad żony szachistów radzieckich. Nie obeszło się bez kilku wywiadów przed kamerami tamtejszej telewizji. Najczęściej zadawanym pytaniem było:

-  Czy trudno być żoną arcymistrza szachowego.

Organizatorzy turnieju urządzali co sobotę symultanki szachowe dla młodzieży szkolnej. Symultanistami byli przebywajacy na turnieju arcymistrzowie i mistrzowie, przybyli tu w charakterze sekundantów, sprawozdawców i turystów. Honorowo!

W drodze powrotnej z Hawany wstąpił do Wllemstad Miguel Najdorf. Jak wiadomo, uzyskał on wspaniałe zwycięstwo w turnieju pamięci Capablanci. Nic też dziwnego, że pozwolił on sobie na typowy dla niego żart. Mianowicie w przystępie dobrego humoru – o co zresztą u Najdorfa nietrudno – oświadczył:

- Co to za „fuszerski” turniej, w którym ja nie gram!

Ku swemu wielkiemu zdumieniu i przerażeniu, wypowiedź tę zamieściła dnia następnego zupełnie „na serio”  miejscowa prasa. Najdorf „przepraszał” każdego „kandydata” oddzielnie, za ten niewinny żart, o co rzecz jasna nikt z nich nie miał do niego pretensji.

Niemało szumu w świecie szachowym wywołało po turnieju w Curacao niedawne wystąpienie R. Fischera w jednym z amerykańskich pism sportowych:

- Zwycięzcą turnieju kandydatów może być tylko Rosjanin. Mogą oni  swobodnie umawiać się co do wyników partii, rozgrywanych między sobą. W takich turniejach więcej ja grać nie będę.

Co zdenerwowało Fischera? Przypomnijmy sobie jego wypowiedź po zwycięstwie w turnieju międzystrefowym w Sztokholmie:

- Zamierzam napisać książkę – Jak zostałem mistrzem świata.

W Curacao był zatem zupełnie pewny zwycięstwa, Ba! Także w meczu z Botwinnikiem. Na dalsze pytanie dziennikarzy, co będzie robił, gdy uda mu się zdobyć mistrzostwo świata – „Bobby” daje się ponieść młodzieńczej fantazji:

-  Założę specjany klub szachowy „Bobby Fischera”, za wysokie honoraria, jakich zażądam, kupię sobie samochód, aby nigdy nie korzystać z metra, być może kupię sobie jacht. Następnie wybuduję sobie dom, nie wiem jeszcze gdzie, może ...w Hong-Kongu.

A tymczasem w Curacao, w turnieju kandydatów do meczu z Botwinnikiem, zajmuje "tylko” 4-te miejsce! Bobby Fischer przeżył to bardzo boleśnie. Wszystkie marzenia prysły. Młodzieńcze nerwy zaś nie wytrzymały. 3 lata temu, 16-letni wówczas Fischer,  ten – zaryzykuję – jeden z największych talentów szachowych wszystkich czasów, po przegraniu partii....płakał.

Niezwykle turdną, jeżeli nie najtrudniejszą rzeczą w sporcie, jest jednakże – umieć przegrać. Zarzuty Fischera są oczywiście bezpodstawne. W turniejach kandydatów większość stanowią szachiści ZSRR. To prawda, w Curacao na 8-miu uczestników, było ich aż 5-ciu, co niewątpliwie nie wpływa dodatnio na równowagę psychiczną pozostałych, czynnik tak ważny w szachach. To prawda. Każdy jednakże zgodzić się musi, że w turnieju kandydatów winni grać szachiści najsilniejsi w danej chwili na świecie. A tak na dobrą sprawę, to w Curacao (poza Fischerem, który jest na pewno obecnie najsilniejszym nieradzieckim szachistą świata), bierąc jedynie według siły gry, powinni grać sami szachisci radzieccy. To także prawda. Niestety, nie zezwolił na to regulamin FIDE.

Powrót do góry

Z doświadczeń szachisty korespondencyjnego

Istnieje wśród szachistów korespondencyjnych zwyczaj – dla zaoszczędzenia czasu w rozgrywanej partii – przesyłania przeciwnikowi kilkuposunięciowego wariantu, najczęściej forsownego (np. przy wymianach), lub też swojego następnego posunięcia, bez względu na ruch partnera. Ten ostatni zwyczaj mieści w sobie jednak czasem nieoczekiwane niespodzianki.

Oto co się przydarzyło pewnemu szachiście korespondencyjnemu. Przeciwnik jego przysłał mu pierwsze posunięcie, dopiero co zaczynającej się partii 1.d2-d4. Nasz szachista odpowiedział 1...Sg8-f6. Po kilku dniach otrzymał on pocztówkę z drugim ruchem swego przeciwnika 2.c2-c4. Wszystko dotąd odbywało się normalnie. Ale teraz nasz szachista zaczyna się śpieszyć i wysyła pocztówkę z dwoma posunięciami, a mianowicie 2...g7-g6 i 3...Gf8-g7. Zapis ten oznacza, że oba te posunięcia wykonane będą bez względu na odpowiedź partnera w 3-cim ruchu.

Nasz szachista wpadł jednak w ten sposób w przykrą pułapkę, która „wykonał” sam sobie. Dowcipny i przebiegły partner przysłał mu również pocztówkę z dwoma posunięciami, a mianowicie 3.Gc1-h6 i 4.Gh6:g7. Nie pozostało nic innego, jak natychmiast złożyć broń.

Powrót do góry

Daleko obliczona ofiara?

Niecodzienny przebieg miała partia Pytlakowski-Pasztor, rozegrana w ramach Spotkania „Legion”-Honved”. Przez 4 i pół godziny Polak był stroną atakującą, uzyskał znaczną przewagę przestrzeni i wydawało się, że jego końcowe zwycięstwo jest już zdecydowane. Tymczasem, jak to dość często bywa, do gry „wtrącił się”...zegar szachowy. Polak znalazł się w dużym niedoczasie i w pewnym momencie zabił swym Skoczkiem... bronionego piona. Wprawdzie zdobył on jeszcze jednego piona, ale w momencie przerwanai partii znanlazł się bez figury. Sytuacja wyglądała raczej na beznadziejną, Jednakże w dniu dogrywek Węgier, pewny chyba końcowego zwycięstwa, grał niedokładnie, co pozwoliło naszemu mistrzowi na zdobycie jeszcze jednego piona. No, a 3 pionki – to już pełna rekompensata za figurę.

W pewnym momencie kierownictwo drużyny węgierskiej zaproponowało w partii tej wynik remisowy, jednakże propozycja ta została odrzucona, bardziej raczej ze względów intuicyjnych, niż rozumowych. Decyzja okazała się słuszna: zdeprymowany Węgier przedsięwziął w pewnym momencie nieoczekiwany marsz Królem, który pozwolił naszemu mistrzowi na przeprowadzenie wymiany hetmanów. Końcówka okazała się łatwo wygrana dla Polaka.

Teraz, gdy najgorsze już minęło – koledzy klubowi poczęli żartować. Najdowcipniej wyraził się sam Pytlakowski, który nawiązując do „podstawki” figury w dniu poprzednim, oświadczył z triumfującą miną:

- A jednak moja ofiara Skoczka okazała się poprawna, chociaż była ona niewątpliwie daleko obliczona.

Powrót do góry

Dlaczego nie przyjechał Tal?

Wielu kibiców zastanawia się, dlaczego w składzie drużyny radzieckiej na Olimpadę szachową w Tal Avivie, nie było eksmistrza świata Michaiła Tala. Od czasu, gdy pojawiła się gwiazdaTala – znajdował się on stale w olimpijskiej drużynie ZSRR. Grał więc w Monachium w 1958 r., w Lipsku w 1960 r., w Złotych Piaskach w 1962 r.

Odpowiedź na postawione pytanie nie jest łatwa. Przed wszystkim należałoby postawić następne pytanie: czyje miejsce powinien zająć Tal? Czy mistrza świata Petrosjana, czy jednego z eksmistrzów świata Botwinnika względnie Smysłowa, czy „wiecznie młodego” Keresa, czy mistrza ZSRR Steina, czy wreszcie współzwycięzcy z Amsterdamu i zwycięzcy z Belgradu – Spasskiego?

W rozmowie z szachistami radzieckimi w Tel Avivie wywnioskowałem, że jedyną przyczyną pominięcia Tala w składzie olimpijskim, była ta okoliczność, że stylgry Tala jest zbyt ryzykowny, że inni członkowie drużyny olimpiskiej denerwują się często, obserwując karkołomne pozycje w partiach Tala, co niewątpliwie jest czynnikiem destrukcyjnym.

Amerykański arcymistrz Robert Fischer znów spłatał swym kibicom nie lada fgla. Oto nie wystąpił on w barwach drużyny USA na Olimpiadzie w Tel Avivie. Do ostatniej chwili sądzono, że przecież Federacja Szachowa USA zdoła zmobilizować na olimpiadę swój najsilniejszy skład. Wiadomo było, że arcymistrz Reshevsky przyjedzie do Tel Avivu, mimo, że początkowo stawiał pewne żądania natury finansowej. Spodziewano się, że Fischer znajdzie jakiś wspólny język ze swą Federacją, że względy sportowe odegrają tu decydującą rolę. Okazało się jednak, że jest wręcz odwrotnie. Względy sportowe w ogóle nie wchodziły w rachubę, liczyły się jedynie...dolary. Za udział w ekipie olimpijskiej Fischer zażądał od swej Federacji niebagatelnej sumy 5.000 dolarów! Takiego żądania Federacja nie mogła spełnić już ze względów zasadniczych, precedensowych.  W rezultacie – Fischera w Tel Avivie nie było. Jeśli do tego dodać nieobecność „Bobby” na turnieju międzystrefowym, to dojdziemy do smutnego raczej wniosku, że genialnemu, ale zarozumiałemu szachiście grozi... zapomnienie.

Kto nie startuje – o tym zapominają. Jest to nieubłagane prawo.

Powrót do góry

Lampka wina

Jest taki zwyczaj w Beverwijk, że zawodnik wypełniający normę na mistrza międzynarodowego, staje się bohaterem dnia. Jeśli uda mu się wypełnić normę w czasię trwania turnieju – tzn. przed ostatnią rundą – organizatorzy festiwalu „stawiają” po prostu do obiadu lampkę wina dla wszystkich biesiadników.

W ostatnim turnieju arcymistrzowskim w Beverwijk, jedynym nieutytułowanym zawodnikiem był znany w Polsce mistrz jugosłowiański P. Smederevac. Dla wypełnienia normy na uzyskanie tytułu mistrza międzynarodowego powinien on był zdobyć 6 punktów. Smederevac zadanie to wypełnił. Dziwnym zbiegiem okliczności 6 punkt uzyskał on w dniu, w którym przypadały urodziny księżniczki Margarety (tej o zaręczynach, której niedawno donosiła prasa), oraz... srebrne gody dyrektora festiwalu inż. B. Rueba.

Zgodnie z tradycją – podczas obiadu przed każdym z biesiadników znalazła się lampka wyśmienitego „Vermouthu”, a dyrektor festiwalu, inż. Rueb wzniósł toast za zdrowie mistrza (a po najbliższym kongresie FIDE ju z mistrza międzynarodowego) Smederevaca. Wszyscy wstali ze swych miejsc i poczęli składać gratulacje sympatycznemu Jugosłowianinowi. Ktoś jednak wiedział najwidoczniej o rodzinnej uroczystości dyrektora festiwalu, bo „przy okazji” wzniósł toast za zdrowie obojga państwa Rueb.

Ale zanim wypito ową lampkę wina, ktoś wspomniał również i o urodzinach Księżniczki Margarety. Tak więc owa lampka wina objęła wszystkie trzy toasty, jakże różniące się od siebie, ale jak bardzo charakterystyczne dla niezwykle miłej atmosfery festiwalu w Beverwijk.

Jak podaje organ Holenderskiej Federacji Szachowej „Schakend Nederland” (nr kwietniowy 1964 r.), sedziowie turnieju mistrzowskiego w Beverwijk, popełnili pewną pomyłkę, ktorej wyjaśnienie ma pewno nie zachwyci zainteresowanych zawodników. Otóż – jak to zwykle ma miejsce na turniejach międzynarodowych -    sędziowie podali do wiadomości, że turniej mistrzowski jest turniejem kwalifikacyjnym FIDE „2B”, i że dla uzyskania tytułu mistrza międzynarodowego konieczne jest osiągnięcie w nim 6,5 pkt, z tym, że tytuł taki nadaje FIDE, po dwukrotnym wypełnieniu tej normy na przestrzeni 3 lat. Sposób nadania – OBLIGATORYJNY (o czym poniżej). Sędziowie opierali się przy tym na książeczce pt. „Turnier Taschenbuch” Brinckmanna i Rellstaba, która oczywiście jest wydawnictwem nieoficjalnym. Okazuje się że w książeczce tej zawarty jest błąd, po sprostowaniu którego turniej mistrzowski w Beverwijk był turniejem klasyfikacyjnym FIDE kategorii TRZECIEJ, a nie DRUGIEJ „B”. W tym wypadku norma na uzyskanie tytułu mistrza międzynarodowego jest ta sama, ale tytuł ten nawet po dwukrotnym wypełnieniu normy nadaje FIDE w trybie FAKULTATYWNYM. Różnica polega na tym, że w trybie obligatoryjnym na 12 członków komisji klasyfikacyjnej FIDE, przynajmniej 8 musiałoby się wypowiedzieć przeciwko nadaniu tytułu, by wniosek taki nie został zatwierdony, natomiast przy trybie fakultatywnym 8 członków conajmniej musi głosować za wnioskiem, by tytuł ten został przyznany.

„Poszkodowanymi” w tym wypadku są: Jugosłowianin Smederevac, Węgier Sandor i Holender van Geet, którzy w Beverwijk zebrali już okolicznościowe gratulacje.

Powrót do góry

Aliechin i konduktor

W roku bieżącym mija 30 rocznica wielkiego turnieju międzynarodowego w Zurychu 1934 roku, zaończonego zwycięstwem ówczesnego mistrza świata Aleksandra Aliechina. W księdze turniejowej, poświęconej temu turniejowi, znaleźliśmy kilka ciekawostek i humorystycznych zdarzeń, o których napiszemy w kilku najbliższych naszych kącikach.

Oto jedno z nich:

Na dystansie od 5 do 10 rundy, na czele tabeli utrzymywał się arcymistrz Flohr, co było du za sensacją. W tym właśnie czasie Aliechin udał się na małą przejażdżkę tramwajem podmiejskim. Znaczek turniejowy w jego klapie od marynarki zwrócił uwagę konduktora, który zapytał mistrz świata, czy uczestniczy w turnieju międzynarodowym w Zurychu. Aliechin odpowiedział oczywiście twierdząco, na co nastąpiła zabawna wypowiedź konduktora:

- Słyszałem, że w turnieju tym uczestniczy sam mistrz świata. Ale podobno on wcale nie jest taki dobry, bo na czele turnieju znajduje się Czech Flohr. I to w dodatku bez porażki, a Aliechin już przegrał jedną partię (tak było w istocie). O, nie! Tym razem Aliechinowi nie uda się przegonić Flohra. Czech jest moim faworytem!

Aliechin spokojnie wysłuchał tej niezbyt dla niego miłej tyrady i nie odrzekł ani słowa. Kiedy jednak tramwaj zbliżał się do miasta, Aliechin zauważył spacerujących razem Flohra i Bogoliubowa. Wyczekawszy moment, gdy tramwaj wyprzedził obu arcymistrzów – Alichin wstał z miejsca i rzekł do konduktora:

-  A jednak Pan się myli, bo właśnie przed chwilą wyprzedziłem Flohra!

I z tymi słowami wysiadł z tramwaju, pozostawiając w zdumieniu i zakłopotaniu szwajcarskiego konduktora.

Powrót do góry

Poprawnie czy nie poprawnie?

Rzecz działa się w na jednym z turniejów w Hastings.

Angielski mistrz Parker w jednej z partii, znalazł się w bardzo trudnej sytuacji. Szukając ratunku w komplikacjach, Parker poświęcił niepoprawnie materiał. W chwilę potem Parker znów zagrał niepoprawnie, ale dezorientowany i skonfundowany przeciwnik nie znalazł właściwej odpowiedzi,i najwyraźniej począł się gubić w wynikłych na szachownicy komplikacjach. A oto właśnie Parkerowi chodziło. W końcu Parker nie tylko uratował partię, ale nawet udało mu się ją wygrać.

Duża ilość kibiców, która przyglądała się tej sensacyjnej partii, składała Anglikowi gratulacje. Jedynie stojący z boku i przyglądający się tej scenie ówczesny mistrz świata Aliechin, zachowywał całkowity spokój, i w pewnym momencie nawet wzruszył ramionami, potrząsając zarazem głową. Zaintrygowany Parker zwrócił się do mistrza świata z zapytaniem, co on sądzi o zakończonej dopiero co partii. A na to Aliechin:

- Proszę Pana, gdyby Pan grał tę partię poprawnie, to musiałaby ona zakończyć się Pańską przegraną.

Powrót do góry

Szachy na odległość

Problemem jak grać w szachy na odległość, interesowano się, i naturalnie go rozwiązano już dość dawno. Chronologicznie palma pierwszeństwa przypada drodze korespondencyjnej: pierwszy mecz rozegrano między klubami szachowymi Londynu i Edynburga. Rozpoczęto w kwietniu 1824 r., zakończono w lipcu 1826 r. Zwyciężył Edynburg.

Pierwszy mecz telegraficzny rozegrano w 1844 r., między Baltimore i Waszyngtonem, pierwszą partię prze telefon rozegrał niejaki F. Thompson, w 1878 r., z nieznanym z nazwiska swym przyjacielem.

Pierwszą partię drogą radiową, rozegrano w dniach 3-5 lipca 1908 r., między  naradzającymi się graczami, pasażerami parowców „Campania” i „Oceanic”. należącymi do słynnego towarzystwa „Cunard Line”.

Pierwszy radiomecz w Polsce rozegrany został w dniach 24-26 grudnia, chyba w latach 1970-ych. Przez 3 dni na antenie Polskiego Radia, toczył się zacięty pojedynek, między mm Schmidtem, i m Filipowiczem, zakończony remisem po 36 posunięciach.

W 1890 r. znakomity rosyjski szachista Michaił Czigorin, wyzwał na telegraficzny mecz z 2 partii, mistrza świata Steinitza, proponując, aby champion zastosował w nich otwarcia korzystne dla siebie. Wygrał Czigorin 2:0.

Radiomecze były bardzo popularne w ZSSR, gdzie jeszcze w latach dwudziestych, rozgrywano turnieje miast i republik.

Pierwszy radiomecz w 1945 r. rozegrały ZSRR-USA. Wynik – 4,5:1,5.

Grali też partie - uczestnicy wypraw polarnych, przebywających w Arktyce i Antarktydzie w 1958 r.

Słynna też była partia między załogą staku kosmicznego „Sojuz 9”, a stacją naziemną w 1970 r.

Grano też partie między różnymi statkami ZSRR, pływającymi po wszystkich  morzach świata.

 Powrót do góry

Pierwszy turniej szachowy

Pierwszy w dziejach szachów nowożytnych turniej międzynarodowy, zorganizowano w 1851 r. w Londynie. Zwyciężył słynny szachista niemiecki Adolf Anderssen.

Pierwszy międzynarodowy turniej kobiecy, zorganizowano również w Londynie,  ale blisko pół wieku później, w 1897 r. Wygrała angielka Mary Rudge.

 Powrót do góry

Tal może wszystko!

Tal Michał, eksmistrz świata ustanowił w 1967 r. swoisty, trudny doprawdy rekord.

Wracając do kraju z Budvy w Jugosławii, gdzie brał udział w tradycyjnym meczu ZSRR-Jugosławia. Tal zatrzymał się w Sarajevie, i tutaj w ciągu 24 godzin, przetłumaczył z serbo-chorwackiego na rosyjski, 190 stronicową  książkę znanego dziennikarza szachowego D. Bjelicy: „Sahovska Citanka”. Tal dyktował tekst bezpośrednio do magnetofonu. I przy okazji znalazł błąd w komentarzu do jednej ze 150 zamieszczonych w książce Bjelicy partii. Eksmistzr świata, władający zresztą kilkoma językami, wyjaśnił później, że będąc już 6 razy w Jugosławii, dobrze poznał język. Nie przeszkodziło to jednak dziennikarzom jugosłowiańskim zamieścić tej informacji pod wymownym i chyba trafnym tytułem: „Tal może wszystko”.

 Powrót do góry

Gra na ślepo!

Sławny amerykański arcymistrz pierwszej połowy XIX-go stulecia Frank Marshall, dał w swoim czasie wielki seans gry jednoczesnej na 155 ! szachownicach. Bezpośrednio po zakończeniu pokazu, Marshall zadziwił niebywałą  wręcz” pamięcią zawodową”, demonstrując bez najmniejszej omyłki 153 partie z tego seansu. Nie mógł sobie przypomnieć zaledwie dwóch, nad czym bardzo ubolewał.

Podobnym wyczynem może się również poszczycić eksmistrz świata Botwinnik. W 1938 r. dał on seans w Holandii, na 40 co prawda tylko szachownicach, ale w kilka tygodni później, po powrocie do ZSRR, zademonstrował na specjalnym pokazie w Leningradzie, bezbłędnie ruch po ruchu, wszystkie partie z holenderskiego seansu.

 Powrót do góry

Złote słowa…

Sławny rosyjski szachista A. Pietrow, w swym podręczniku gry szachowej w 1824  roku, napisał: „Znając ruchy, nie można jeszcze uważać się za gracza. Szachy są w tym podobne do poezji. Znając jedynie prawidła rymowania, a nie mając talentu, nie można być poetą”. Złote słowa, godne przypomnienia.

 Powrót do góry

Nagrody za piękność

Nagrody specjalne za piękność, za najpiękniejszą partię, były w swoim czasie bardzo modne, i w każdym prawie turnieju przyznawano ich po kilka. Oczywiście zazwyczaj zwycięzcom tych najpiękniejszych, czy najlepszych partii.

Zdarzały się jednak wyjątki, premiowano czasem i partie remisowe, doceniając wspaniałą walkę obu rywali. Historia zna takich wypadków nie więcej, niż kilkanaście. A raz na turnieju w Wenecji w 1950 r., mimo iż partia zakończyła się remisem, nagrodę przyznano tylko Rossolimo, który przeprowadził przepiękną kombinację. Pomylił się jednak w niedoczasie, i jego partner Nestler, uratował się przez powtórzenie posunięć. We wszystkich innych wypadkach tego rodzaju, nagrodę dzielono po połowie, między obu przeciwników.

Kilka premiowanych partii remisowych, jest dobrze znanych, np. Gunsberg-Przepiórka, San Remo 1911, czy słynna Geller-Golombek, Budapest 1952, Mieses-Pillsbury, Wiedeń turniej gambitowy 1903, Portisch-Smysłow, Monaco 1969.

Jako małą ciekawostkę, godzi się jeszcze przypomnieć, że na lokalnym turnieju w Amsterdamie w 1917 r., nagrodę za najpiękniejszą partię, w sumie 75 florenów, podzielono między zwycięzcę 45, i pokonanego 35

Turniej Strefowy Leningrad 1973, miał tych nagród 24 !! Jeśli nie był w tej mierze rekordowym, to przynajmniej bardzo rekordowym osiągnięciom bliski. Niezależnie oczywiście od normalnych nagród za zajęte miejsca, nagrody rozdzielono między 17 uczestnikom.

Żadnej nagrody specjalnej nie dostał tylko jeden – ostatni w tabeli.

Jako jedyny nie wygrał żadnej partii, no i nie był najmłodszym, a wręcz przeciwnie – najstarszym. Aż 5 nagród specjalnych przypadło współzwycięzcy turnieju – Karpowowi, 3 jego sąsiadowi w tabeli – Korcznojowi, po 2 nagrody dostali Smejkal i Kuźmin.

 Powrót do góry

Zabawna historia

Zabawna historia zdarzyła się na 1-szej olimpiadzie FIDE w Londynie 1927 roku, w meczu Argentyna-Jugosławia, Palau-Kalabar. W swoim czasie była ona bardzo głośna, dziś już trochę zapomniana, a powstała w niecodziennych okolicznościach.

 Mistrz jugosłowiański, mający czarne, spóźnił się do gry, i pragnąć odrobić stracony czas, rozgrywał debiut błyskawicznie. Jedną ręką poruszając figury, drugą zapisując, i prawie nie patrząc na szachownicę. Nastąpiło w szybkim tempie 1.d4 Sf6, 2.c4 e6, 3.Sf3 Gb4, 4.Gd2 i tutaj ręka Kalabara, zamiast za Hetmana, chwyciła za Króla 4...Ke7 ?? i po G:b4 – ciągle jeszcze w przekonaniu, że wykonały oczywiście ruch 4....He7, w jak najlepszej wierze zagrały czarne Kb4 ??. Dopiero w tym momencie głośny wybuch śmiechu licznie zgromadzonych widzów, jakby otrzeźwił Kalabara. Jugosłowianin rzucił okiem na szachownicę i ujrzawszy, co się stało, natychmiast poddał partię.

 Powrót do góry

Szachiści - muzycy

Przed pamiętnym meczem Fischer-Spasski w 1972 roku, dziennikarze zapytali Tala, czy można porównać szachistów z kompozytorami muzykami. Oczywiście – powiedział Tal –

Botwinnik - to Bach,

Smysłow - Czajkowski,

Keres - Chopin,

Petrosjan - Liszt,

Bronstein - Debussy,

Larsen - Prokofiew,

A Fischer ? - Komputer

– odpowiedział Tal.

 Powrót do góry

Jak dzielą się szachiści

Nie chodzi bynajmniej w tym wypadku o podział według siły gry, tzn. aercymistrzów, mistrzów międzynarodowych., mistrzów krajowych, itd.

Podział, o którym mowa, powstał w Indii.

W starych księgach hinduskich, w których bardzo często wspomina się o szachach i szachistach, można spotkać bardzo oryginalny podział szachistów. Otóż zdaniem mędrców hinduskich, dzielą się oni na ignorantów, uświadomionych, skromnych i prawdziwych szachistów.

Kto to są ignoranci? Są to szachiści grający bardzo słabo, i nie zdający sobie z tego

sprawy.

Uświadomieni – są to szachiści grający słabo, ale zdający sobie z tej smutnej okoliczności sprawę.

Skromni – grają oni silnie, chociaż oni o tym nie wiedzą.

I dopiero prawdziwymi szachistami wg ksiąg hinduskich są ci, którzy nie tylko grają silnie w szachy, ale wiedzą o tym dokładnie.

 Powrót do góry

Philidor w roli nauczyciela

Najwybitniejszym szachistą XVIII wieku, był francuz Francoise Andre Philidor, autor znakomitej „Analizy gry szachowej”.

Panujący w tym czasie we Francji Ludwik XVI interesował się bardzo szachami i zapragnął wziąć u Philidora kilka lekcji.

Po kilku tygodniach król zwrócił się do Philidora z zapytaniem, jak ocenia obecnie  jego  grę, i jakie postępy zrobił on w wyniku zajęć z Philidorem.

Na bardzo kłopotliwe pytanie Philidor odpowiedział:

„Istnieją 3 klasy szachistów:

„Tacy którzy w ogóle nie mają pojęcia o grze, tacy którzy grają słabo, i tacy którzy grają silnie. Jego Królewska Mość zaawansowała obecnie z grupy trzeciej do drugiej”.

 Powrót do góry

Coś dla problemistów

Jak wiadomo, poprawne zadanie szachowe posiada tylko i wyłącznie jedno rozwiązanie. Rozwiązanie uboczne dyskwalifikuje całkowicie problem szachowy. Zdarza się, że nawet po upływie wielu lat, czytelnicy znajdują a zadaniu dual, tj. inne rozwiązanie, niż autorskie. W takich wypadkach problemiści, jak i czytelnicy, mówią nie bez pewnej satysfakcji, że zadanie zostało „ugotowane”.

Skąd się wzięło to określenie? Sądziłem początkowo, iż jest to po prostu często w polskim języku zwrot, mający swój odpowiednik w języku niemieckim. Niemcy bowiem również w takich wypadkach mówią „Eine gekochte Schachprobleme”.

Dopiero przeglądając stare roczniki czasopism szachowych, wpadłem na właściwy  trop.

Otóż określenie to związane jest ściśle z nazwiskiem znanego problemisty amerykańskiego Eugene B. Cook, żyjącego w latach 1830-1915. Cook był jednak nie tylko wyśmienitym problemistą, ale również wspaniale rozwiązywał wszelkiego rodzaju zadania szachowe. W mgnieniu oka znajdował rozwiązanie autorskie, a po głębszym namyśle – niejednokrotnie kilka jeszcze innych rozwiązań ubocznych (naturalnie, gdy takowe istniały). Cook miał rzecz jasna dużą satysfakcję, gdy „przyłapał” jakiegoś słynnego problemistę, i szybko wysyłał do czasopisma, w którym dany problem został opublikowany, obok rozwiązania autorskiego, również i rozwiązania uboczne.

Czytelnicy z biegiem czasu przyzwyczaili się do tego, że obok rozwiązania autorskiego, pokazywało się często nazwisko Cook, że wskazaniem rozwiązania ubocznego. Wreszcie jakiś dowcipniś znalazł określenie, że zadanie jest „cooked”, co oznacza w języku angielskim – ugotowane.

Powrót do góry

Pan mnie nie zna!

Pewien amator zaproponował mistrzowi świata Alechinowi rozegranie towarzyskiej partii. Champion wyraził zgodę, a kiedy ustawiono figury zdjął sobie z szachownicy Wieżę, Jego partner oburzył się:

-         Jak Pan może dawać mi fory, skoro Pan mnie nie zna!

-         Właśnie dlatego – uprzejmie wyjaśnił Alechin.

Powrót do góry

„Rekordzista”

W 1922 roku prasa wielu krajów donosiła o nowym rekordzie świata w grze „na ślepo”, który ustanowił Hiszpan, walcząc na 32 szachownicach z wynikiem +30,  -1,  =1. „Tajemnica” znakomitego rekordu ujawniona została w rok później, a rzecz miała się tak. Do uczestnictwa w seansie zapisało się 32 amatorów, 27 z nich nie zjawiło się w ogóle i seanser oznajmił, że zalicza im porażki! Do gry usiadło 5 osób, z którymi ów Hiszpan grał posługując się pustą szachownicą i prowadząc zapis, co doskonale ułatwiło grę. Z nimi to osiągnął „rekordzista”  wynik +30,  -1,  =1.

Powrót do góry

Różnorodne nagrody

Na ogół na turniejach szachowych przyznawane są nagrody pieniężne lub rzeczowe,za zajęcie kilku pierwszych miejsc w turnieju. Czasami przyznawana jest również nagroda za najpiękniejszą partię.

W ZSRR utarł się ostatnio zwyczaj fundowania nagród przez różne instytucje, zakłady pracy oraz redakcje dla uczestników mistrzostw – niezależnie od nagród ustalonych dla zwycięzców turniejów. Swego rodzaju rekordem pomysłowości, były nagrody w któryś mistrzostwach ZSRR w Kijowie.

Oto pełna lista nagród specjalnych:

  • za najlepszą partię pod względem strategicznym
  • za najpiękniejszą partię
  • za najbardziej efektowną kombinację
  • za najbardziej wartościową nowość teoretyczną
  • za najlepszą technikę
  • za największą liczbę zwycięstw
  • za najdłuższą serię zwycięstw
  • za największą ilość zwycięstw czarnymi
  • za najlepszy wynik pomiędzy arcymistrzami
  • za najlepszy wynik pomiędzy mistrzami
  • za najlepszy wynik mistrza przeciwko arcymistrzom
  • za najlepszy wynik wśród debiutantów mistrzostw
  • za najlepszy start (w 5 pierwszych rundach)
  • za najlepszy finisz (w ostatnich 5 rundach)
  • za najlepszy wynik nie nagrodzonego przeciwko nagrodzonym (tj. przeciwko pierwszej 6-tce)
  • za najlepiej przeprowadzony atak na nieprzyjacielskiego Króla.

Tak znaczna ilość nagród specjalnych – to nie tylko doping dla uczestników trudnego turnieju. To również uznanie dla ich wielkiego wysiłku myślowego i nerwowego.

Powrót do góry

Demonstrator uratował arcymistrza

W czasie strefowego turnieju w Kecskemet w 1964 r., arcymistrz węgierski Bilek I.,  dłożył partię z mistrzem szwajcarskim Bhendem. Była to końcówka,w której Bilek miał lepsze szanse. Końcówka wymagała jednak bardzo precyzyjnej gry. Celem dokładnego przestudiowania wszystkich możliwych wariantów, Bilek przesiedział całą noc. Następnego dnia – mimo zmęczenia – Bilek doprowadził partię od zwycięskiego końca. Po krótkiej przerwie jednakże rozpoczęła się następna runda. Przeciwnikiem Bileka był nasz reprezentant Bednarski. Partia miała bardzo ostry przebieg. W pewnej chwili na szachownicy wytworzyła się skomplikowana pozycja. Arcymistrz popadł w głęboką zadumę. Podczas gry Bednarski wstał od stolika, by przyjrzeć się innym partiom.

Zamyślony Bilek w pewnym  momencie został zmożony prze sen. Całonocna analiza, przedpołudniowa dogrywka, wreszcie skomplikowana pozycja w nowej partii...uśpiły Bileka. Oparłszy głowę na obu dłoniach, arcymistrz znalazł się w objęciach Morfeusza. Mijały cenne minuty. Nasz mistrz widząc z daleka nieporuszoną sylwetkę swego przeciwnika, przekonany był o tym, że Bilek wciąż jeszcze zastanawia się nad swym kolejnym posunięciem. W przekonaniu tym utwierdzał go fakt, że pozycja na tablicy, na której demonstrowano tę partię, pozostawała wciąż jeszcze niezmieniona.

W pewnej chwili jeden z demonstratorów zauważył jednak, że arcymistrz nie namyśla się już nad swym kolejnym ruchem, lecz po prostu śpi. Chcąc uratować arcymistrza przed nieuchronną przegraną przez przekroczenie czasu – skorzystał on z okazji, gdy miał na innej obsługiwanej  prze siebie tablicy demonstracyjnej wykonać kolejny ruch, zrobił on to w ten sposób, że przestawił na tablicy metalową figurę, że ta z głośnym hukiem upadła na podłogę.

 Ten dźwięk obudził arcymistrza Bileka, który z przerażeniem stwierdził, że przespał spory szmat czasu i grozi mu ju z niedoczas. Oczywiście przyśpieszył tempo gry, przeprowadził szereg uproszczeń, po których udało mu się partię zremisować.

Powrót do góry

A kiedy ja?

Olimpiada 1964 r. Mecz Bułgaria-Polska zbliżał się do końca. Przeciwnicy grali już piątą godzinę gry. Nad ostatnim swym posunięciem bułgarski arcymistrz Tringow myślał pół godziny przesunąwszy piona i nacisnąwszy zegar, wziął następnie Gońca i też zrobił nim posunięcie. Arcymistrzu – zdziwiony tym Śliwa Bogdan, po cichu zapytał Bułgara – A kiedy ja mam grać?

Powrót do góry

Arcymistrzowie o szachach

Poniżej zamieszczamy kilka ciekawych wypowiedzi na temat szachów i ich walorów wychowawczych. Wypowiedzi te są tym cenniejsze, że autorami ich są znakomici szachiści – mistrzowie świata.

LASKER – Szachy rozwijają samodzielność myślenia.

ALIECHIN – Szachy dopomogły mi w skrystalizowaniu mego charakteru. Szachy uczą  przede wszystkim obiektywności. W szachach  bowiem można zostać mistrzem jedynie wówczas, gdy zna się swe błędy i minusy. Podobnie zresztą, jak w życiu codziennym.

BOTWINNIK – Dla nas szachy –to najbardziej twórcza część życia.

SMYSŁOW – Zawsze stałem na stanowisku, że jedynym właściwym podejściem do szachów jest dostrzeganie ich strony twórczej, będącej jednym z przejawów wysokiej kultury narodowej.

TAL – Szachy to przede wszystkim sztuka. Czym bowiem innym można wytłumaczyć ich niezwykłą siłę? Dlaczego miliony ludzi grają w szachy, tysiące odwiedzają sale turniejowe, setki tysięcy uczą się teorii i przeglądają partie znanych mistrzów? Jedynym wytłumaczeniem tego faktu – moim zdaniem  – jest rozwijanie przez szachy estetyki.

PETROSJAN – Szachy – pod względem swej formy są grą, pod względem treści sztuką, z punktu widzenia trudności opanowania ich – nauką.

Powrót do góry

Obalona teoria

Dwaj znakomici naukowcy, profesorowie uniwersytetu w Londynie i zarazem gorący wielbiciele talentu Steinitza, złożyli mistrzowi świata grzecznościową wizytę, po jego powrocie z międzynarodowego turnieju, w którym Steinitz zajął pierwsze miejsce. Po złożeniu gratulacji, wywiązała się towarzyska rozmowa, a następnie ożywiona dyskusja na temat lansowanej wówczas teorii Malthusa.

Jeden z profesorów – najwidoczniej zwolennik teorii Malthusa – oświadczył w pewnym momencie: „Ludzie niezamożni nie powinni mieć dużo dzieci. Uwzględnić przy tym należy, że dzieci takie na ogół rodzą się z wadami fizycznymi, a co gorsza z wadami umysłowymi.

„Nie mogę się zgodzić z tą  tezą – oświadczył Steinitz – mój ojciec był nie tylko biednym, lecz nawet bardzo biednym człowiekiem. Mimo to zdecydował się mieć 13 dzieci. Właśnie ja – Wilhelm Steinitz mistrz świata w szachach – byłem tym trzynastym.

Opowiadając tę historię profesor ów dodawał: „Oświadczenie Steinitza spowodowało, że przestałem zupełnie wierzyć w teorię Malthusa”.

Powrót do góry

Groźny przeciwnik

W czasie międzynarodowego turnieju w Moskwie w 1925 r. eksmistrz świata, E. Lasker zakomunikował pewnego wieczoru jednemu ze swych znajomych: „Muszę dziś wcześnie udać się do hotelu i przygotować się do jutrzejszej partii. Czeka mnie trudna przeprawa z Retim”.

Rozmówca Laskera zwrócił uwagę na fakt, że chyba Reti nie jest tak niebezpiecznym przeciwnikiem, albowiem dotąd nie udało mu się, ani razu wygrać  z Laskerem. „Właśnie dlatego jest on podwójnie niebezpieczny. Wszak będzie się on starać poprawić tak katastrofalny dla niego stosunek spotkań ze mną”, odpowiedział Lasker.

Lasker miał niewątpliwie słuszność. Przekonał się o tym najlepiej Keres, który w 1962 r. na turnieju kandydatów w Curacao, przegrał w ostatniej rundzie decydującą o zwycięstwie partię z Benko. Wszystkie dotychczas przez niego rozegrane z tym arcymistrzem partie kończyły się regularnie zwycięstwem Keresa, lecz ta właśnie przyniosła sympatycznemu Estończykowi bolesną klęskę.

A więc – bądźcie ostrożni w partiach z „łatwymi” przeciwnikami”.

Powrót do góry

Swoista przewaga

W czasie jednego z seansów gry jednoczesnej, mistrz świata E. Lasker po zakończeniu partii zwrócił się do swego przeciwnika ze słowami:

- W początkowym stadium partii Pan uzyskał wyraźną przewagę.

-         Bardzo miło usłyszeć mi taką pochwałę z ust mistrza świata.

-         Ale Pan chyba mnie nie zrozumiał – dodał po chwili Lasker – Chodzi o to, że w chwili kiedy ja wykonałem 13 posunięć, Pan miał ich już 14.

Okazało się, że analizując na szachownicy różne warianty -  w chwili gdy Lasker znajdował się przy innym stoliku – jego przeciwnik po prostu wykonał o jeden ruch więcej od mistrza świata. Lasker wspaniałomyślnie nie kwestionował pozycji, i mimo to doprowadził partię do zwycięskiego końca.

Powrót do góry

Dwie złośliwości

Przytaczamy poniżej dwie złośliwe wypowiedzi, jedną o szachach, drugą o szachiście. Autorem pierwszej z nich jest „wielki kpiarz” Bernard Shaw. Znakomity pisarz był wielbicielem szachów, nie grywał w szachy, i dlatego też ich nie rozumiał. Poniższą jego wypowiedź należy więc traktować , jako wypowiedź laika, ale niewątpliwie genialnego laika.

„Szachy są w rzeczywistości jedynie głupim środkiem dla umacniania naiwnych ludzi w przekonaniu, że czynią oni coś bardzo mądrego, podczas gdy w istocie rzeczy tracą oni jedynie czas”.

Autorem drugiej wypowiedzi jest wybitny szachista niemiecki, pretendent do tytułu mistrza świata dr Siegbert Tarrasch. Był on znakomitym komentatorem, ale czasami pozwalał sobie na złośliwość w stosunku nie tylko do słabszych szachistów, ale nawet i wobec swych wybitnych konkurentów. Oto jego uwaga do pewnej partii, rozegranej przez dwóch mniej znanych mistrzów.

„Białe przegrały, ponieważ zapomniały teoretycznej kontynuacji, i w tym stanie rzeczy skazane były na własny „pomyślunek”.

Wypowiedź bardzo złośliwa, ale jakże często prawdziwa.

 Powrót do góry

Jeszcze o etyce

Pisaliśmy niedawno o szachiście, który skarżył się przed sędzią na swego partnera, że nie dotrzymał umowy, i zamiast zremisować partię – dążył najwyraźniej do wygranej. Oczywiście nieetyczną jest przede wszystkim tego rodzaju „umowa”, albowiem partia szachów jest walką woli zwycięstwa i umiejętności,  podczas gdy umowa remisowa wyklucza wszelką walkę.

A oto inny kwiatek z tej samej łączki.

W pewnym turnieju jeden z  zawodników po wykonaniu posunięcia zapomniał nacisnąć zegar, wstał od stolika i przeszedł się po sali turniejowej, celem zapoznania się z przebiegiem innych partii. Po kilku minutach wrócił do swego stolika i stwierdziwszy, że jego zegar chodzi, wykonał następne posunięcie, mimo że jego partner jeszcze nie zrobił ruchu. Po upływie około pół godziny partner oświadcza, że nie zrobił jeszcze ruchu. Nasz zawodnik natychmiast cofnął drugie posunięcie, ale zreflektowawszy się zapytał partnera :

- Dlaczego pan zastanawiał się tak długo, by powiedzieć mi, że kolejne posunięcie przypada na Pana?

A na to partner ze stoickim spokojem:

-         Zastanawiałem się, czy mogę wykorzystać w jakiś sposób pański ostatni ruch!

Z tego rodzaju nie sportowym postępowaniem należy oczywiście walczyć, a naruszających zasady walki fair play surowo karać!.

 Powrót do góry

Fujarka

W czasie meczu Legion-Honved zawodnicy na zakończenie wymienili między sobą drobne upominki. Tak się jakoś dziwnie złożyło, że jeden z mistrzów polskich, który wykazał się

wyjątkowo niską formą, otrzymał od Węgrów małą fujarkę, wykonaną przez węgierski przemysł ludowy. Oczywiście fakt ten został niezwłocznie przez kolegów klubowych odpowiednio skomentowany. Drobny upominek „urósł” nagle do rangi symbolu. Ktoś dowcipny bowiem rzucił uwagę: „Graj lepiej na fujarce, niż w szachy”.

Kiedy żart ten przetłumaczono Węgrom, którzy jeszcze nie otrząsnęli z wrażenia po niespodziewanej porażce, usłyszano od nich „straszną groźbę”. Oto obiecali oni na spotkanie rewanżowe większą ilość takich fujarek.

Ale groźba ta bardzo przypadła do gustu Polakom, którzy zamierzają również „na wszelki” wypadek, zabrać do Budapesztu na spotkanie rewanżowe, kilka fujarek z „Cepelii”.

 Powrót do góry

Moralista

Do sędziego głównego pewnego turnieju, podszedł jeden z zawodników, i zaczął żalić się w sposób następujący na swego przeciwnika:

- Proszę Pana o interwencję w następującej sprawie. Otóż „umówiliśmy się uczciwie” z moim partnerem przed partią na remis. Tymczasem mój przeciwnik wygrał pionka, i teraz wbrew umowie, wyraźnie dąży do wygranej! Już kilkakrotnie zaproponowałem mu remis, a on nawet nie odpowiada na moje propozycje,  i kontynuuje grę. Przecież to skandal! Czy nie zechciałby Pan interweniować  w związku z tak „nieetycznym” postępowaniem mego przeciwnika?

 Powrót do góry 

Oryginalna nagroda

Na turnieju w Hastings w 1895 r., wydarzył się ciekawy przypadek. W partii Steinitz-Bardeleben mistrz świata rozpoczął w pewnym momencie przepiękną kombinację. Przekonawszy się o swej nieuchronnej klęsce, Bardeleben wstał i wyszedł z sali turniejowej, nie powiadamiając o tym, ani swego przeciwnika, ani sędziego turnieju. Zwycięstwo zostało oczywiście przyznane Steinitzowi. Jednakże tego było za mało. Zgłosił on bowiem tę partię do konkursu, na najpiękniejszą partię turnieju, wraz ze szczegółową analizą, z której wynikało, że we wszystkich wariantach uzyskuje on wygraną.

Mimo, że partia nie została formalnie zakończona, komisja turniejowa przyznała Steinitzowi nagrodę specjalną za piękność.

 Powrót do góry 

Gdzie logika?

Wybitny kompozytor i pianista radziecki Sergiusz Prokofiew był gorącym sympatykiem szachów. Zresztą w okresie swej młodości zajmował się szachami wyczynowymi, uzyskując dość wysoki stopień „kandydata na mistrza”. Do ostatnich lat swego życia, Prokofiew interesował się szachami i był częstym gościem sal turniejowych i klubowych.

W 1952 r. Prokofiew (na rok przed śmiercią), przeszedł niebezpieczny zawał serca, po którym znajdował się pod stałą i troskliwą opieką lekarzy. Pewnego dnia Prokofiew – po dłuższej nieobecności – zjawił się w Centralnym Klubie Szachowym. Znakomitego kompozytora otoczyła grupa szachistów, którzy poczęli wypytywać o stan jego zdrowia. A na to Prokofiew:

- Właśnie w związku z tym przyszedłem do Was się poradzić. Bo oto lekarze polecili mi najwyżej dwie godziny dziennie myśleć, i tylko 1 godzinę grać!

Gdzie tu logika?

Powrót do góry

„Pamięć zawodowa” mistrzów...

O niesłychanej wprost „pamięci zawodowej” wielu wybitnych mistrzów szachowych krążą przeróżne legendy, często rzeczywiście przesadzone, jeszcze jednak częściej – oparte na faktach. Przypomnijmy kilka najzabawniejszych i szczególnie charakterystycznych.

W 1950 r. Euwe rozegrał w Zurichu seans gry jednoczesnej na 30 szachownicach z wynikiem +29  -1. Jedyną porażkę zadał eksmistrzowi świata pewien ekspert sądowy szwajcarskiego pisma „Tat”. W 3 lata później w 1953 r. podczas Turnieju Kandydatów dr Euwe spotkał ponownie swego dawnego „pogromcę” i natychmiast po przywitaniu się stwierdził:

-         Wie pan, panie Lange, gdybym zagrał wówczas skoczkiem na f6, a nie na f4 byłbym partię wygrał. Jestem tego całkowicie pewien!

W „Turniejowym Biuletynie” zeszłorocznego turnieju pamięci Alechina, rozegranego w Moskwie arcymistrz Najdorf wspomina o pewnej swej rozmowie z dr Alechinem, przeprowadzonej w 1939 r. w Buenos Aires, podczas której powiedział on ówczesnemu mistrzowi świata, że jest jednym z bardzo niewielu szachistów, mających przeciw niemu dodatni bilans... Alechin wówczas spochmurniał i zaprzeczył, stwierdzając, że z Najdorfem grał dotychczas dwukrotnie i obie te partie (zresztą konsultacyjne!) zakończyły się remisem. Najdorf przypomniał wtedy Aliechinowi pewien seans gry jednoczesnej mistrza świata w Warszawie w 1929 r. i tu Alechin najniespodziewaniej przerwał mu, wołając:

„Tak, teraz przypominam dwie partie grane na ślepo. W jednej z nich poświęcono mi wieżę na h7. Czy to był właśnie Pan?”

Tak też i było! Po 10 latach Aliechin pamiętał o swojej porażce w partii, granej „na ślepo” przed wielu laty w jakimś mało ważnym seansie z zupełnie nie znanym mu oczywiście przeciwnikiem i w dodatku pamiętał jeszcze – jak doszło do przegranej pozycji.

Bawiąc zimą 1950-51 r. w Moskwie jeden z naszych mistrzów, słysząc oczywiście wiele o fenomenalnej pamięci arcymistrza Bronsteina, który jak wiadomo przygotowywał się wówczas do meczu o mistrzostwo świata i przewidując, że się z nim prawdopodobnie spotka – na długo przed tym przygotował Bronsteinowi 3 bardzo podstępne pytania, tyczące się jakichś wariantów teoretycznych, nie grywanych od 50-60 lat. Do oczekiwanej rozmowy doszło akurat w momencie, gdy arcymistrz Bronstein – w nadzwyczaj różowym humorze i bynajmniej nie sam – wstąpił był właściwie na chwilę na salę turniejową, myślami był jednak zapewne raczej daleko od szachów... Mimo to na 1-sze  pytanie odpowiedział natychmiast i   bezbłędnie, na 2-gie – również,  a 3-ego niefortunny interlokutor wolał już na wszelki wypadek w ogóle nie zadawać...

Czy można się wobec tego dziwić, że Najdorf potrafił rozegrać jednocześnie 45 partii „na ślepo”, podczas słynnego, rekordowego seansu, trwającego blisko dobę, że Botwinnik bez specjalnego wysiłku potrafił po paru miesiącach zademonstrować z pamięci na rozstawionych w koło 32 stolikach wszystkie partie rozegrane w jakimś seansie gry jednoczesnej (seans odbył się w Anglii, a Botwinnik demonstrował go w Moskwie!), że dr Alechin pamiętał podobno kilka tysięcy partii, rozegranych w kilkudziesięciu światowych turniejach w okresie blisko półwiecza? Dziwić – tak, trzeba jednak również wierzyć tym faktom i – czy kto chce, czy nie chce – wypada je podziwiać!....

 Powrót do góry

Pamięć zawodowa

Najsłynniejszy polski arcymistrz, Akiba Rubinstein, znany nawiasem mówiąc ze swej niezwykłej skromności i przysłowiowej wprost małomówności – odpowiadając w 1926 r. na pytania pewnej ankiety napisał m.in., że pamięta i może odtworzyć wszystkie swe partie grane od czasu, gdy zaczął brać udział w poważnych turniejach, to jest mnie więcej od 1905 r. Ile było tych partii – dociec już trudno, a każdym razie wydaje się, że dobrze ponad 1000 – na przestrzeni przeszło 26 lat (a nie można zapominać, że – jak mówią – „lata wojny liczą się podwójnie”).

Pamięć zatem wręcz fenomenalną, doceniając i to, że słowo Rubinsteina zawsze było „złotu równe”. Od tego czasu jednak szachy poszły znacznie naprzód i wydaje się nam, że dziś co najmniej dziesiątka arcymistrzów z niemniej bogatą karierą mogłaby z pełnym poczuciem odpowiedzialności złożyć podobną deklarację.

 Powrót do góry

Towarzyski mecz

Dziwnym zbiegiem okoliczności arcymistrzowie dr Lasker i Nimzowitsch zaledwie dwa razy spotkali się ze sobą w turniejach w 1914 i 1934. Natomiast w 1926 zagrali oni oryginalny mecz, składający się z 10-ciu „lekkich” towarzyskich partii, granych bez zegara. Zwyciężył wysoko 7:3 eksmistrz świata, mimo, że liczył już wówczas 58 lat.

 Powrót do góry

„Nie ten Anderssen!“ czyli szczyt skromności

Słynny arcymistrz niemiecki Adolf Anderssen, zwycięzca 1-szego międzynarodowego turnieju naszej epoki, rozegranego w Londynie w 1851 r., powracał pewnego razu do swego rodzinnego miasta Wrocławia. W drodze tej, nie wiadomo, czy z powodu zmiany rozkładu jazdy, spóźnienia pociągu, czy po prostu jakiejś „strategicznej pomyłki: mistrza – Anderssen znalazł się  niespodziewanie wieczorem w małym miasteczku, leżącym na uboczu od głównego szlaku, skąd następny odpowiadający mu pociąg odjeżdżał dopiero na drugi dzień rano. Cóż miał zatem robić mistrz szachowy w tak beznadziejnej sytuacji?...

Anderssen pospieszył niezwłocznie do miejscowego klubu szachowego, po przybyciu jednak na miejsce nie przedstawił się, zachowując ścisłe „Incognito”. Dość łatwo udało mu się namówić mistrza klubu na jedna partię, która oczywiście szybko wygrał. Wobec tego zaproponował partnerowi w następnej partii gońca „for” i tę jednak wygrał w krótkim czasie. Z kolei zaproponował wieżę „for”, ponieważ jednak i tym razem bardzo szybko odniósł zwycięstwo – nie pozostawiało już mistrzowi nic innego, jak w 4-tej partii dać przeciwnikowi hetman „for”. Po przegraniu i w tej partii lokalny champion westchnął z głębi serca:

„Jestem tu najlepszym szachistą i nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się, aby ktoś dawał mi hetmana „for”... Jak się pan właściwie nazywa?”

„Anderssen – padła odpowiedź.

„Ach, tak! Ten słynny Anderssen! To nic dziwnego, że pan mógł mi śmiało dać hetmana „for”!”

„Ależ nie, panie – odpowiedział Anderssen – Ja nie jestem tym Anderssenem, ale tylko trochę go znam. Jeden z moich przyjaciół, który mi zawsze  daje mi hetmana „for” jest jego przyjacielem i Anderssen jemu właśnie daje hetmana „for””

 Powrót do góry

Trzy klasy

Nieśmiertelny Philidor, wielki mistrz szachowy XVIII wieku, udzielał w swoim czasie lekcji szachów królowi Ludwikowi XVI. Po upływie miesiąca królewski uczeń zapragnął wiedzieć, jak wielkie już poczynił postępy i spytał o to swego nauczyciela. Philidor, który był nie tylko wielkim strategiem na szachownicy, lecz również i wielkim dyplomatą, spokojnie odrzekl:

„Sire, moim zdaniem istnieją 3 klasy szachistów.

1-sza klasa – to ci, którzy w ogóle nie potrafią jeszcze grać,

2-ga – to ci, którzy grają słabo,

3-cia - klasa to ci, którzy grają dobrze. Wasza Królewska Mość osiągnęła już 2-gą klasę!”

 Powrót do góry

Najlepsi wśród...

Znany holenderski mistrz H. Bouwmeester jest, jak wiadomo, wybitnym pianistą – wirtuozem i mówi zwykle skromnie o sobie:

„Wśród szachistów jestem najlepszym pianistą, a wśród pianistów – najlepszym szachistą!

Czy tak jest istotnie – trudno orzec. Możliwe byłoby to chyba jedynie po... meczu szachowo-fortepianowym między Bouwmeesterem i radzieckim arcymistrzem Markiem Tajmanowem, jednym z najbardziej znanych szopenistów leningradzkich...

O wynik meczu szachowego jesteśmy - jak to się mówi – „dziwnie spokojni”, trudno również chyba przypuścić, aby zastąpienie szachownicy... fortepianem zdołało uratować Holendra w „meczu rewanżowym”.

Listę takich „najlepszych wśród” można by oczywiście prawie dowolnie przedłużyć, rozciągając ją chyba na wszystkie możliwe zawody... Ograniczając się jedynie do – mistrzów świata: przypomnijmy sobie nazwiska doktora filozofii Emanuela Laskera, doktora praw Aleksandra Aliechina, zawodowego dyplomatę Raou Josego Capablancę i inżyniera-elektrotechnika Michaiła Botwinnika. Z drugiej strony np. „władców” tego świata z powodzeniem może reprezentować wcale niezły szachista, niejaki „Napoleon I”, niewątpliwie „najlepszy cesarz wśród szachistów”...

Ewentualne uzupełnienie tej listy, możliwe nawet bez specjalnie bujnej fantazji – pozostawiamy Czytelnikom!....

 Powrót do góry

Gligoric – arcymistrzem Luksemburga?!

Bezpośrednio przed rozpoczęciem 1-szej rundy Turnieju Strefowego w Dublinie w bardzo poważny kłopot wprawiło organizatorów nieoczekiwane zażalenie arcymistrza Gligorica. Chodziło o to, że na stojącej przy zawodniku chorągiewce jugosłowiańskiej – nie było czerwonej gwiazdy, którą należało natychmiast zrobić i przyszyć. Obowiązek ten spadł na barki żony mistrza Catozzzi’ego, a czasu było mało! Na szczęście okazało się, że gwiazdy robić nie trzeba, gdyż została ona przez pomyłkę przyszyta do flagi....luksemburskiej, która jest do złudzenia  zarówno barwami, jak ich układem podobna do sztandaru jugosłowiańskiego. Wystarczyło zatem jedynie przenieść czerwona gwiazdę na właściwe miejsce, którą to operację zręczne ręce pani Catozzi wykonały w ciągu paru minut i... turniej mógł się rozpocząć.

 Powrót do góry

Pewien wywiad z Alechinem...

Gdzieś w okolicach 1930 r., gdy ówczesny mistrz świata Alechin był pod każdym względem w pełni sił, a jako aktualny champion znajdował się w zenicie sławy, poprosiła go o wywiad pewna przedsiębiorcza, młoda i przystojna dziennikarka, nie mająca jednak nawiasem mówiąc, wielkiego pojęcia o szachach. Po paru pytaniach stereotypowych na które Alechin cierpliwie odpowiadał, padło wreszcie pytanie zasadnicze:

„Mistrzu! Wiadomo ogólnie, że całe swe życie poświęcił pan wyłącznie szachom, ale może  mnie jako kobiecie, zechciałby pan jednak powiedzieć – gdyby miał pan wybór między damą szachową a damą żywą, którą by pan wybrał?”

„O, proszę pani, to zależy wyłącznie od pozycji... – dyplomatycznie odpowiedział Alechin.

 Powrót do góry

Walka o... remis!

Gdy dziś w tabeli turniejowej widzimy obok „jedynki” i „zer” skromne „połówki”, oznaczające, że dana partia zakończyła się wynikiem nierozstrzygniętym i obaj partnerzy otrzymali po ½  punktu – wydaje nam się to rzeczą zarówno naturalną, jak słuszną. Żaden przecież z przeciwników nie wygrał, żaden  nie przegrał, ponieważ zaś do podziału pozostaje tylko jeden punkt, więc... Oczywiste i sprawiedliwe!

Nie zawsze jednak i nie wszystkim wydawało się to takie oczywiste, nie zawsze tak było... Nie tylko jego „uwiecznienie” w formie ½ p., ale i samo remis musiało stoczyć długą i twardą walkę, zanim zatriumfowała wreszcie na całym świecie zdrowa logika i uzyskała ona wreszcie pełnię praw obywatelskich.

W okresie, gdy turniejów międzynarodowych w ogóle jeszcze nie rozgrywano, a zwykłą formą rywalizacji jakichś mniej czy więcej wybitnych „gwiazd” były, długie na ogół, mecze, gdzie o ostatecznym zwycięstwie decydowało oczywiście ilość wygranych partii – remisy nie były problemem, po prostu można ich było nie liczyć. Problem ten wyłonił się jednak w całej okazałości na 1-szym międzynarodowym turnieju w Londynie 1851 r., gdzie partie remisowe po prostu powtarzano. Ten sam regulamin zachowano również na 2-gim międzynarodowym turnieju, też w Londynie1862 r. Konieczność rozgrywania dodatkowych partii utrudniała jednak naturalnie planowe i terminowe przeprowadzenie rozgrywek i wobec tego organizatorzy wielkiego międzynarodowego turnieju w Paryżu w 1867 r. pragnąc łatwo rozwiązać zagadnienie remisów wpadli na nader ciekawy pomysł: partie zakończone remisem nie były powtarzane, ale też i nie zaliczano ich obu przeciwnikom!... Mówiąc po prostu – obaj przegrywali. Jasne, że wesoła ta koncepcja spowodowała co prawda znaczne zaostrzenie walki w turnieju, nie spotkała się jednak z „uznaniem” ani uczestników, których oczywiście krzywdziła, ani całego świata szachowego.

Dopiero ma wielkim międzynarodowym turnieju w Baden-Baden 1870 r., po raz 1-szy za remisową partię przyznano obu partnerom po ½ punktu i tak już pozostało po dzień dzisiejszy, mimo nader jeszcze licznych późniejszych „reform”. Pozostawiając na uboczu projekty dr Laskera i Capablanci (zgłoszone przez nich dziwnym ”zbiegiem okoliczności” akurat po utracie tytułów mistrza świata...) polegające na wprowadzeniu specjalnej punktacji, gdzie np. inaczej miało być punktowane normalne remis, inaczej pat („dany” lub „otrzymany!”...) jeszcze inaczej pozostanie np. w końcówce z nie matującą figurą – pragniemy jeszcze tylko na marginesie przypomnieć, że np. na wielkim międzynarodowym turnieju Paryż 1900, partię remisową znów trzeba było powtarzać i gdy druga partia przynosiła zwycięstwo jednej ze stron – ten tylko ostatni wynik wciągano do tabeli, a dopiero wtedy, gdy i druga kończyła się pokojowo – obaj przeciwnicy otrzymali po ½ punktu. Jeszcze bardziej skomplikowano sprawę na wielkim międzynarodowym turnieju w Monte Carlo 1903, w wypadku remisu obaj przeciwnicy otrzymywali po ¼ punktu i partię powtarzano. Gdy druga partia dawała również wynik remisowy – obaj zawodnicy dostawali jeszcze raz po ¼ punktu, co dodane do 1-szej ¼ czyniło w sumie ½ punktu. Gdy jednak któryś z przeciwników drugą partię wygrywał – otrzymywał on za to zwycięstwo tylko ½ punktu, a jego przeciwnik 0 punktu. W ten to sposób powstała jedyna w swoim rodzaju tabelka turniejowa, w której na 1-szym miejscu widzimy Maroczy’ego 14 ¾  punktu, przed Pillsbury’m 14  ½ punktu i Teichmannem 13 ¾ punktu. Curiosum!   

 Powrót do góry

Złośliwy szept „kibica”...

W pewnym nowojorskim turnieju arcymistrz Fine po bardzo żywej, zaciętej walce wygrał jednak swą partię dość szybko. Podczas gdy zgnębiony przeciwnik pozostał jeszcze przy szachownicy, przetrawiając swą porażkę – arcymistrz udał się na obchód innych partii, które z zainteresowaniem studiował. Minęła w ten sposób mała godzinka, gdy wtem jednemu z widzów przyszło na myśl szepnąć zaabsorbowanemu Fine’owi do ucha: „Pan jest na posunięciu!” Reakcja była dość nieoczekiwana – Fine natychmiast wrócił na swoje miejsce przy stoliku, zaczął gruntownie rozpatrywać się w pozycji, aby znaleźć właściwy ruch i dopiero po dłuższym namyśle zorientował się, że duma nad końcową pozycją w partii, którą zdołał już przecież zakończyć i to przeszło godzinę temu....

A tyle się mówi o doskonałej na ogół pamięci mistrzów szachowych, ich umiejętności koncentracji i szybkiego orientowania się w najtrudniejszych choćby sytuacjach!....

 Powrót do góry

Znakomite zadanie!

Pewien początkujący problemista zaprezentował kiedyś arcymistrzowi Teichmannowi, który – jak wiadomo – wcale nieźle znał się na kompozycji, swoją najnowszą dwuchodówkę z nieśmiałą prośbą o ocenę. Teichmann dokładnie przestudiował problem i po krótkim namyśle z poważną miną oświadczył: „To naprawdę znakomite zadanie! Podane przez pana rozwiązanie autorskie nie prowadzi wprawdzie do celu, ale za to zadanie można rozwiązać prawie każdym innym posunięciem ....”

 Powrót do góry

Beznadziejna pozycja

Jedna z uczestniczek rozgrywanego w Moskwie w 1955 r. kobiecego Turnieju Kandydatek, mistrzyni holenderska Heemskerk, odłożywszy po 5-godzinnej walce nie dokończoną partię, udała się do restauracji na kolację. Gdy zbadała już kartę potraw, sąsiadka jej, Amerykanka Gresser, zapytała Heemskerk, jak wygląda jej odłożona pozycja.

„Jestem zgubiona – odrzekła westchnąwszy Heemskerk.

„Niemożliwe! Dlaczego zgubiona” Przecież  w odłożonej pozycji ma pani skoczka więcej! – zawołała zdumiona Gresser.

„Tak to prawda – odpowiedziała Heemskerk, podając jednocześnie Gresser jadłospis – ale czy pani nie widzi? Przecież cała karta napisana jest wyłącznie po rosyjsku!...”

 Powrót do góry

Nadzwyczajny gracz!...

Pewien bardzo silny mistrz, przechadzając się ulicami mało jeszcze znanej sobie stolicy obcego państwa, gdzie właśnie brał udział w turnieju międzynarodowym – wstąpił po drodze do niewielkiej, położonej na uboczu kawiarenki szachowej, aby dla odprężenia po wyczerpujących walkach turniejowych, zagrać sobie parę lekkich partii. Mistrza jakoś, o dziwo, nikt ze znajdujących się w kawiarni szachistów nie poznał, ale amatorów do gry z nim nie było, gdyż starzy bywalcy grywali zwykle między sobą i nie mieli ochoty na zmierzenie sił z nieznajomym. Dopiero jeden z przyglądających się grze kibiców zlitował się nad biednym gościem i polecił mu jako partnera cichutko siedzącego w kącie młodego człowieka dodając, ze jest to – mimo młodego wieku – doprawdy nadzwyczajny gracz... Zaintrygowany mistrz chętnie zasiadł o gry z młodzieńcem, ale gdy kilka kolejnych partii wygrał z wielką łatwością, niemile zdziwiony zwrócił się do kibica, który przedstawił mu tak słabego partnera i z wyrzutem w głosie spytał na uboczu, dlaczego jego partner ma być „nadzwyczajnym” graczem? „Ależ oczywiście, ze jest nadzwyczajnym – odparł kibic – przecież on w życiu swoim nigdy jeszcze z nikim nie wygrał...”

 Powrót do góry

Rywalizacja przyjaciół

Dwaj młodzi arcymistrzowie - Duńczyk Larsen i Islandczyk Olafsson, nawiasem mówiąc właściwie rówieśnicy, gdyż obaj urodzili się w 1935 r. są – jak wiadomo – od wielu lat bardzo serdecznymi przyjaciółmi. Przyjaźń te nie osłabła jednak bynajmniej bardzo ostrej rywalizacji między obu arcymistrzami: walczą z sobą na turniejach bezkompromisowo, partie ich raczej rzadko kończą się remisem (podobno tylko raz...) a szala przechyla się raz w jedną, raz w drugą stronę. Po dłuższym okresie przewagi Larsena, dziś już raczej Olafsson wyżej jest ceniony na arenie międzynarodowej, przede wszystkim jako „kandydat”.

Pewien bardzo ciekawy i charakterystyczny dal obu przyjaciół epizod zdarzył się w 1955 r. Na dorocznych mistrzostwach państw skandynawskich spotkali się wówczas obaj przyjaciele-rywale i wspólnie podzielili 1-2 miejsce. Regulamin przewidywał, że w takim wypadku rozstrzyga tzw. system wartościowania Bergera. Był on korzystny dla Larsena, który miał „lepsze” punkty, ale młody Duńczyk nie chciał w taki sposób zostać mistrzem Skandynawii, nie chciał wykorzystać swego prawa, które krzywdziłoby przyjaciela i zaproponował Olafssonowi rozegranie dodatkowego meczu, na co sędziowie się zgodzili. Po bardzo ożywionej, zaciętej walce Larsen wygrał ten mecz 4,5:3,5, otrzymując w ten sposób zarówno pełną satysfakcję, jak i... nagrodę za piękny, prawdziwie sportowy gest. Który przejdzie chyba do historii.

Istotnie wypada z żalem stwierdzić, że od czasu, gdy Harrwitz w 1858 r., a więc przeszło 100 lat temu, poddał w Paryżu mecz „niejakiemu” Mophhy’emu po przegraniu 5-tej partii (mecz miał być grany do 7-miu zwycięstw), Morphy zaś, wychodząc z założenia, że mecz nie był „formalnie” rozstrzygnięty, zrezygnował z przyjęcia należnej mu stawki i obrócił ją na zakupienie pokonanemu przeciwnikowi eleganckiego urządzenia mieszkaniowego. Tego rodzaju „gesty” 2 historii szachów zdarzają się, niestety, coraz rzadziej.

 Powrót do góry

Sędziowska gafa...

Kierownikiem i sędzią turnieju o mistrzostwo Republiki Federalnej Niemiec, rozgrywanego w Berlinie w 1953 r. był znany niemiecki mistrz Rellstab, stary, doświadczony i „biegły w prawie” szachista. Na parę zaledwie tygodni przed rozpoczęciem turnieju weszły właśnie w życie nowe przepisy FIDE i na turnieju były one oczywiście bardzo żywo oceniane i komentowane przez uczestników, zwłaszcza ze istotnie zawierały parę nie najszczęśliwszych sformułowań. Taki właśnie rzekomo niejasny punkt w nowym regulaminie wyłowił dr Lange i pragnąc zrobić „profesorowi szachów” Rellstabowi głupi kawał – podszedł do niego, pytając:

„Co w myśl nowych przepisów dzieje się panie kierowniku, jeśli dam na szachownicy mata przeciwnikowi, lecz w tym samym momencie moja chorągiewka spada i przekraczam czas do namysłu?”

„Mat kończy partie!”

„Ale co będzie, jeśli mój przeciwnik zaprotestuje i będzie się domagał przyznania mu zwycięstwa, gdyż ja przekroczyłem czas? – pragnął się „upewnić” Lange

”No tak, sprawa jest skomplikowana... Wówczas partię należy grac dalej! –odpowiedział roztargniony „profesor” wywołując naturalnie tym oświadczeniem ogólną wesołość, gdyż zamatowanemu przeciwnikowi istotnie jednak jest już dość trudno kontynuować walkę....

 Powrót do góry

Pewność siebie uzasadniona!

W „historycznym” meczu z twardym i wytrzymałym niemiecko-francuskim mistrzem Danielem Hattwitzem,. Rozegranym w Paryżu 1858 r. genialny Morphy, ku ogólnemu zdziwieniu – przegrał jak wiadomo, dwie pierwsze partie. Przyjaciołom, którzy usiłowali go pocieszyć, Morphy odpowiedział sucho:

„Mój przeciwnik jest twardy, lecz gra jednostronnie. Dlatego te dwie partie wystarczyły ma na rozpoznanie słabości jego metody gry i nie przegram już z nim więcej!...”

I rzeczywiście, wszystkie następne partie Morphy kolejno wygrywał, a po 5-tej porażce jego przeciwnik uznał beznadziejność dalszego oporu i poddał mecz, zanim jeszcze padło „formalne rozstrzygnięcie...

 Powrót do góry

Nieprzyjemna niespodzianka

Gdy Steinitz po meczu z Zukertortem w 1886 r. został już uznany za oficjalnego mistrza świata, zaczął on odwiedzać systematycznie popularną londyńską kawiarnię, gdzie z przygodnymi partnerami grywał niezliczone partie błyskawiczne, naturalnie o stawkę... W przeciwieństwie jednak do „ubogich” czasów wiedeńskich, kiedy zakłady były skromniutkie – w Londynie mistrz świata czuł się w prawie podnieść stawkę, aż do bardzo poważnej wysokości 1 funta angielskiego.

Do najlepszych „klientów” Steinitza zaliczał się w Londynie pewien bardzo zamożny jegomość, handlowiec, posiadający wszystkie zalety, wymagane od (zanikającego już dziś niestety...) ideału „dobrego fuszera”: grał prędko, drogo i... bardzo źle. Ze Steinitzem przegrywał on oczywiście zawsze, gdy jednak zabawa taka przeciągała się już parę tygodni, jeden z przyjaciół zwrócił mistrzowi uwagę, że wygrywając wszystkie partie, może on wreszcie zniechęcić do gry i stracić doskonałego wypłacalnego partnera... Steinitz zreflektował się, należycie docenił grożące mu niebezpieczeństwo i postanowił – „dla zachęty” – następną partię przegrać.

Pomysł był trafny, lecz jego wykonanie nie okazało się zbyt łatwe... Steinitz starał się oczywiście grać źle, ale jego przeciwnik – jeszcze gorzej. Zirytowany mistrz postawił wreszcie swego bezbronnego Hetmana pod biciem, musiał jednak czekać pełne 6 minut, zanim fuszer to zauważył, a gdy wreszcie hetmana zabrał – uradowany Stienitz natychmiast poddał się i zaczął ustawiać figury do następnej partii.

Tu jednak spotkała mistrza świata bardzo przykra niespodzianka. Przeciwnik absolutnie nie chciał już dalej grać, krzycząc triumfalnie: ”Pokonałem mistrza świata! Pokonałem mistrza świata!!” wybiegł na ulicę i oko ludzkie nigdy go już później w tej kawiarni nie widziało. Steinitz był niepocieszony.

 Powrót do góry

Sen Alechina...

Po drugim meczu o mistrzostwo świata między Alechinem i Bogoliubowem, rozegranym w 1934 r. odbył się uroczysty bankiet, na którym Bogoliubow, chociaż mecz w sumie jak wiadomo wysoko przegrał – bardzo chełpił się paroma odniesionymi w nim zwycięstwami nad mistrzem świata. Przechwałki te zniecierpliwiły wreszcie Alechina, który postanowił dać przeciwnikowi jeszcze jedną nauczkę, tym razem poza szachownicą.

„Śniło mi się dziś w nocy, że umarłem – rozpoczął, poprosiwszy o głos Alechin – idę do nieba, stukam, otwiera św. Piotr, przedstawiam się, ale klucznik dowiedziawszy się, że jestem szachistą -  nie chce mnie wpuścić, mówiąc, ze szachistów w niebie nie potrzeba. Zrozpaczony chciałem już wracać, gdy wtem przez dziurkę w bramie dojrzałem Bogoliubowa. - No, dobrze, ale jeśli w niebie rzeczywiście nie potrzeba szachistów, to co tu w takim razie robi Bogoliubow? – pytam św. Piotra. - Iii, co to za szachista!... – usłyszałem w odpowiedzi.

 Powrót do góry

Przestroga dla miłośników remisów...

Podczas Turnieju Strefowego w Dublinie, mistrz belgijski Dunkelblum, już po paru rundach dał się poznać jako wielki zwolennik remisów, które łatwo i często proponował i bardzo chętnie przyjmował. Nie omieszkał on naturalnie zaproponować również remisu młodemu mistrzowi hiszpańskiemu Llado względnie wcześnie, gdyż już po 20 posunięciach. Hiszpan jednak tę ofertę odrzucił i partia potoczyła się dalej. Po następnych 15 posunięciach Dunkelbnlum, zdobywszy z wielkim trudem piona – ponowił swoją propozycję. Ale ku swemu zdumieniu otrzymał taką odpowiedź:

„Jak to?! Proponuje pan remis, mając piona więcej? Nie zgadzam się, niech pan gra!”

Finał był zupełnie nieoczekiwany: speszony odpowiedzią partnera mistrz belgijski w momencie odkładania partii zapisał do koperty wyjątkowo słabe posunięcie i w dogrywce partie tę przegrał!.... 

 Powrót do góry

Temperament Janowskiego

Arcymistrz Janowski obok olbrzymiego talentu szachowego odznaczał się również, jak wiadomo, wybuchowym temperamentem, był wiecznie rozdrażniony, porywczy, uparty, kochał hazard pod wszelkimi postaciami. Nic też dziwnego, że wokół jego przeróżnych wybryków krąży wiele anegdot.

Nieszczęśliwy był ten, kto... wygrał z Janowskim. Na głowę niefortunnego pogromcy spadała cała lawina wyzwisk, a w najlepszym razie „delikatna” propozycja, że w następnej partii takiemu fuszerowi Janowski śmiało może dać co najmniej skoczka „for”!... Temperament Janowskiego odczuł na swej skórze specjalnie dotkliwie arcymistrz Schlechter, dla odmiany – prawdziwe wcielenie spokoju, skromności i taktu... Opowiadano, że podczas meczu rozegranego z Janowskim w Karlsbad 1902 i zakończonego wysokim zwycięstwem Schlechtera – ten ostatni, ilekroć wygrał partię, musiał po prostu ratować się natychmiastową ucieczką z sali przed wybuchami gniewu przeciwnika....

 Powrót do góry

„Honorowy” ruch...

Podczas głośnego meczu ZSRR-Argentyna, rozegranego w Buenos Aires w 1954 r., zdarzył się zabawny wypadek.

W chwili rozpoczynania ostatniej, 4-tej rundy, w teatrze gdzie odbywała się gra, pojawił się niespodziewanie otoczony liczną świtą i przedstawicielami korpusu dyplomatycznego, ówczesny prezydent Argentyny Peron. Prezydent wszedł na scenę, przywitał się z uczestnikami meczu i zbliżywszy się do 1-szej szachownicy, gdzie na historycznym stoliku, na którym rozegrano mecz o mistrzostwo świata dr Alechin-Capablanca (1927) miała za chwilę rozpocząć się partia Najdorf-Bronstein – wykonał 1-szy „honorowy” ruch Najdorfa 1.e2-e4.

Taki ruch bywa rzeczywiście zwykle naprzód uzgodniony z zawodnikiem, tym razem jednak Peron wykonał go jak się zdaje samodzielnie, „co mocno zmieszało argentyńskiego arcymistrza, który jak wiadomo bardzo rzadko wybiera otwarte debiuty. Toteż Najdorf postanowił „ratować się” i w momencie, gdy „znakomity” gość odwrócił się i zaczął schodzić z estrady – Najdorf szybko cofnął ruch 1.e2-e4 i zagrał „prawidłowo” 1.d2-d4

Gwoli prawdzie historycznej warto jeszcze dodać, że partia ta bardzo prędko zakończyła się wynikiem remisowym...

 Powrót do góry

Mata warto widzieć!...

Podczas towarzyskiej partii granej przed wielu laty w klubie szachowym w Buenos Aires, pewien znany szachista wykonał właśnie decydujący ruch hetmanem. Jego przeciwnik głęboko się zamyślił i po pewnym czasie ze smutkiem powiedział:

„To przecież grozi matem!...”

„Słusznie, senor, w 3-ch ruchach”

„To dlaczego nie zapowiedział pan mata?”

„Ponieważ sam go przedtem nie widziałem – brzmiała odpowiedź.”

 Powrót do góry

Kibic też czasem potrafi...

Amerykański mistrz Bruce Hayden często opowiadał, że na skutek nalegań pewnego kibica zagrał pewnego razu jedną partię „na ślepo” ze swym kolegą szachowym A. Y. Greenem. Partia bardzo szybko stała się niezwykle żywa i ciekawa. Hayden rozpoczął atak na skrzydle króla, Green zaś kontratakował na skrzydle hetmańskim. W pewnej chwili Hayden podał swój ruch: goniec e4.
”Stop, stop, co pan mówi – wykrzyknął kibic, przysłuchujący się „ślepej” partii – Ruch jest niedobry. Powinien pan grać „goniec g5!”

I tak też rzeczywiście było. Jak widzimy obok mistrzów istnieją także grający „na ślepo” kibice....

 Powrót do góry

Druga wersja „historycznej anegdotki”...

Znana anegdotka z 1927 r. o Nimzowitschu, który jak wiadomo był śmiertelnym wrogiem nikotyny i palaczy posiada kilka dość zasadniczo różniących się od siebie „wersji”. Jedną z nich przypomnieliśmy już swoim czasie Czytelnikom, dziś za mistrzem Ahuesem, który podał ją w periodyku „Schach” – pragniemy przytoczyć drugą:

W sławnym turnieju arcymistrzów w Nowym Jorku 1927 r. Nimzowitsch specjalnie prosił jednego ze swych przeciwników, dr Vidmara (nota bene wielkiego amatora mocnych cygar!), aby powstrzymał się od palenia w czasie trwania ich partii. Dr Vidmar zgodził się, ale z zastrzeżeniem, że zapali cygaro, gdy walka przyjmie dla niego obrót niekorzystny. Partie rozegrano bez palenia i dr Vidmar ją wygrał.

Rozzłoszczony Nimzowitsch złożył już wówczas zażalenie na ręce kierownika turnieju arcymistrza Maroczy’ego z powodu „przeklętego palenia”.

„Ależ pański przeciwnik w ogóle przecież nie palił – usiłował go Maroczy udobruchać.

„Nie palił! Jeszcze gorzej! On groził mi paleniem! Położył swe cygaro tuż obok szachownicy tak, że przez cały czas musiałem sobie uświadamiać: zrobię dobry ruch – zapali cygaro... Jak w takich warunkach mogłem wygrać? Każdy szachista wie przecież z doświadczenia, że groźba jest silniejsza, niż jej wykonanie!”

Mimo tak „przekonywającej” argumentacji protest Nimzowitscha nie został jednak uwzględniony.

 Powrót do góry

Szkocki „prezent”...

Pewnego razu dwu przyjaciół Szkotów grało ze sobą w szachy. Podczas partii jeden z nich dowiedział się, że jego partner obchodzi dziś imieniny.

„To się świetnie składa! – oświadczył zadowolony – Dostaniesz ode mnie piekny prezent...”

„Jaki? – spytał zainteresowany solenizant.”

„W następnej partii dam ci skoczka „for”....

 Powrót do góry

„Wariant książkowy” czyli...L’etat c’est moi!

Podczas tradycyjnego, wielkanocnego turnieju międzynarodowego w Margate 1937 dr Alechin („chwilowo” nie będący wówczas jak wiadomo mistrzem świata) pozwolił sobie w debiucie pewnej partii wykonać niezwykle oryginalne i ciekawe, ale swoją drogą niezupełnie „poprawnie” wyglądające posuniecie, po czym swoim zwyczajem zerwał się od szachownicy i zaczął „krążyć” po sali.

Zdumiony eksperymentalnym posunięciem jeden z widzów, cieszący się opinią niezłego teoretyka – nie wytrzymał i ośmielił się podejść do zamyślonego Alechina ze słowami:

„Ależ Sir, przecież to nie jest właściwy ruch! Według „książki” powinno być...”

„Ja jestem „książką! – błyskawicznie zareplikował Alechin. I niefortunny kibic momentalnie zniknął!....

 Powrót do góry

Szachista i bankier

Pewien mistrz wiedeński uczył grać w szachy bogatego właściciela banku. Mistrz klepał biedę, która wyzierała z jego wymizerowanej twarzy i zniszczonego ubrania. Bankier nie miał ochoty zapraszać go do swego mieszkania, „lekcje” odbywały się więc w banku. Parę razy tygodniowo zjawiał się nasz mistrz w gabinecie dyrektorskim i wtajemniczał nababa w tajniki szachowej sztuki.

Bankier, nie grzeszący delikatnością uczuć, wielokrotnie czynił różne przykre uwagi dotyczące wyglądu mistrza – zapytując z „dowcipnym” uśmiechem, kiedy wreszcie kupi sobie nowe ubranie. Mistrz, dla którego dochód z lekcji był pozycją poważną, znosił cierpliwie te przytyki – aż wreszcie postanowił dać bogaczowi nauczkę.

„Nie stać mnie na nowe ubranie – rzekł po jednej z najbardziej uszczypliwych uwag bankiera. – Chyba, że zrobiłbym to na pański koszt...”

„Jeśli znajdzie pan takiego naiwnego, który uszyje panu ubranie, licząc, że ja mu za to zapłacę, to gotów jestem uregulować rachunek – zawołał bankier, śmiejąc się.

Prosto z lekcji mistrz udał się do pierwszorzędnego krawca i zamówił wykwintny i drogi garnitur. Długo wybierał fason, przebierał w najlepszych materiałach.”

„Rachunek proszę przesłać bankierowi X – dodał na zakończenie obstalunku.

Zaraz po wyjściu niezwykłego klienta krawiec zadzwonił oczywiście do banku. Przypadek zdarzył, że bankiera już nie było. Prokurent, którego krawiec zapytał, czy otrzyma pieniądze po wykonaniu zamówienia, odpowiedział:
”Nic o tym nie wiem, ale jeśli mistrz tak mówi, to tak musi być. On tu stale do szefa przychodzi, uczy go grać w szachy.”

Uspokojony krawiec uszył elegancki garnitur i wkrótce bankier podziwiał nauczyciela w nowym stroju. Ale już przy następnej wizycie mistrza miał bardzo kwaśna  minę.

„To było pańskie najlepsze posuniecie – oświadczył, krzywiąc się.

„Nie przypisuję sobie zasługi – odpowiedział skromnie mistrz – to posunięcie było właściwie wymuszone - przez pana!....

 Powrót do góry

Lasker ofiarą podstępu

Posiadacz tytułu mistrza świata przez 27 lat, największy psycholog wśród szachistów i bezsprzecznie jedna z najciekawszych postaci, jakie zna historia szachów dr Emanuel Lasker, znany również jako „Emanuel Wielki”, był zarówno bohaterem całego szeregu anegdot, jak twórcą (nie tylko przy szachownicy!...) wielu subtelnych, dowcipnych i głębokich pułapek, w które udawało mu się często chwytać najsilniejszych nawet przeciwników.

Dlatego też specjalną pikanterię posiada pewna historyjka, w której właśnie Lasker padł ofiarą podstępu, u nas zdaje się nie znaną, opowiadana często przez naocznego świadka, 80-letniego mistrza filadelfijskiego Waltera Penna Shipley’a i przytoczona przez dr J. Hannaka w jego słynnej i znakomitej biografii „Emanuel Lasker”.

Podczas wizyty w Philadelphii, prawdopodobnie na początku XX wieku, Lasker był częstym gościem „Franklin Club” i dłuższy czas w partiach błyskawicznych bił bezlitośnie wszystkich przedstawicieli klubu. „Godnego siebie” przeciwnika znalazł mistrz świata dopiero w niejakim Charlesie Newmanie. Przed rozpoczęciem gry Lasker zaproponował Newmanowi, aby ten kto szybciej ustawi figury na szachownicy – otrzymał w nagrodę białe. Przeciwnik się zgodził, rozpoczął się błyskawiczny wyścig rąk i już – już zdawało się, że Lasker, wielki specjalista w tej „dziedzinie” będzie 1-szy, gdy wtem zabrakło mu jednego piona, którego nigdzie nie mógł znaleźć. Newman w tym samym czasie statecznie i porządnie ustawiał swoje figury i wreszcie „wyrównawszy szeregi”, otwierając rękę, w której starannie ukrywał... brakującego Laskerowi piona, zapytał z najniewinniejszą miną:

„Czy przypadkiem nie tego właśnie piona pan szuka?”

Lasker w odpowiedzi zaśmiał się, musiał jednak obiektywnie stwierdzić, że Newman w zupełności zasłużył na prawo rozpoczęcia gry białymi....

 Powrót do góry

Nowy wariant

Opowiadanie podobno autentyczne – pióra dr E. Staudte wg „Anschener Schachzeitung” 1951 r.

 Młodemu, nieznanemu jeszcze wówczas w Europie mistrzowi peruwiańskiemu Estebanowi Canalowi, siedzącemu bezczynnie w jakiejś szwajcarskiej kawiarni, zaproponowano pewnego razu rozegranie partii szachów. Proponującym był starszy, siwowłosy pan, i kibicujący mu uprzednio Canal, zdążył się zorientować, znał on nie tylko przepisy gry, ale sporo wiedział o szachach.

Po wstępnych posunięciach 1.e4 e4 2.Sf3 Sc6 ujął Canal delikatnie swą figurę, stojącą na prawo od króla, goniec zawisł nad polem c4 (Ach, włoska! –powiedział partner Estebana) następnie zakołysał się nad polem b5 (Ach hiszpańska – wyjaśnił siwowłosy) i wreszcie – poniekąd niechętnie – opadł na pole a6.

Było to niebezpiecznym eksperymentem, gdyż siwowłosy jegomość, po krótkim głębokim namyśle zdecydował się jednak przyjąć ofiarę. Po ostrej taktycznej rozgrywce Canalowi mimo to udało się wreszcie przejść do końcówki, w której zdwojony pion czarny na linii „a” okazał się nieuleczalną słabością.

„Jeszcze raz to samo otwarcie – poprosił przeciwnik Canala, ale i w rewanżowej partii nie zdołał obalić „nowego wariantu”. Przekonał się zatem należycie w zaletach dotychczas skąd nikąd nieznanego posunięcia 3.Ga6.

Dwa dni później w wielkiej, pięknej sali miał odbyć się seans gry jednoczesnej, spiker powitał serdecznie symultanistę, „utalentowanego” mistrza peruwiańskiego Canala i występ rozpoczął się. Krążąc szybko od stolika do stolika – mistrz nagle zatrzymał się poznawszy swego przedwczorajszego partnera! Błyskawicznie nastąpiły 1-sze ruchy 1.e4 e5 2.Sf3 Sc6, gdy jednak Canal spokojnie wyciągnął rękę po gońca f1 – biedny przeciwnik nie wytrzymał nerwowo i wykrzyknął z rozpaczą: „Jeśli pan spróbuje jeszcze raz zagrać gońcem na a6 – rozbiję panu szachownicę na głowie!”

 Powrót do góry

Dwie wypowiedzi

Wiara w siebie, w swe siły i możliwości (naturalnie bez wpadania w przesadną zarozumiałość, powodującą zanik niezbędnej :czujności” i prowadząca do lekceważenia przeciwnika) – to warunek bardzo ważny, a może nawet niezbędny dla każdego szachisty, mającego wyższe aspiracje. Pogląd ten podzielają zresztą chyba wszyscy mistrzowie i arcymistrzowie. W związku z tym warto przypomnieć dwie nader charakterystyczne wypowiedzi takich tytanów szachownicy, jak Steinitz i Czigorin.

Steinitz zapytany o jego szanse w pewnym rozpoczynającym się właśnie wielkim dwukołowym międzynarodowym turnieju mistrzowskim – oświadczył autorytatywnie:

„Jasne, że najlepsze szanse na zdobycie 1-szej nagrody mam właśnie ja: każdy uczestnik musi przecież rozegrać dwie partie ze Steinitzem – tylko ja nie!...”

Czigorin na pytanie, czy sprawia mu dużą różnicę gra białymi, czy czarnymi dał w swoim czasie wymijającą odpowiedź:

„Gdy mam białe – wygrywam, bo gram białymi, gdy mam czarne – również wygrywam, bo... jestem przecież Czigorinem!...”

 Powrót do góry

Za krótkie ręce...

Sławny arcymistrz wiedeński Spielmann uchodził słusznie za jednego z największych mistrzów ataku naszych czasów, a typowa ofiara gońca na h7 była motywem, który nadzwyczaj często powtarzał się w jego partiach, zwłaszcza w symultanach, gdzie słabszych partnerów, po licznych, efektownych poświęceniach, szybko zwykle matował, oszczędzając sobie w ten sposób długiego biegania między stolikami. Ale Spielmann był, jak wiadomo, bardzo niskiego wzrostu (podobnie jak Flohr i Reshevsky), miał krótkie ręce i trudno mu było sięgać nimi przez cała szachownicę. Nic też dziwnego, że gdy po wygraniu przez arcymistrza w symultanie pewnej partii, piękną ofiarą gońca na h5, jeden z kibiców zwrócił mu uwagę, że poświęcając przedtem gońca na h7, mógł zamatować o wiele prędzej – Spielmann spokojnie wyjaśnił: „Wiem, wiem, to było widoczne, ale do pola h7 nie mogłem, niestety dosięgnąć i dlatego musiałem ofiarować gońca właśnie na h5!...”

 Powrót do góry

Bez hetmana łatwiej się gra

Po zwycięstwie na międzynarodowym turnieju w Londynie wraca Anderssen pocztylionem do rodzinnego miasta Wrocławia. Na jednej ze stacji musiał nocować.

„Może gra pan w szachy? – zwrócił się z pytaniem do mistrza gospodarz, pragnąc w ten sposób rozerwać gościa. Anderssen odpowiedział przecząco.”

„To nic nie szkodzi, jeśli pan chce , nauczę pana.”

Anderssen zgodził się i już po chwili gospodarz zaczął wtajemniczać go w zawiłe arkana królewskiej gry. Potem rozpoczęła się partia. Gospodarz dał Anderssenowi hetmana „for „ i wygrał kilkanaście partii z rzędu. Zrezygnowany machnął w końcu ręką.

„Widzę, że pan nie robi żadnych postępów – wszystkie partie gra pan jednakowo źle!

Anderssen uśmiechnął się i odpowiedział:

 „Widzi pan, to dlatego, że bez hetmana gra się o wiele łatwiej, nie trzeba ciągle myśleć o tym, jak by go nie stracić...

Zamieniono się rolami i teraz Anderssen dawał hetmana „for” swemu partnerowi, wygrywając oczywiście wszystkie partie ku jego największemu zdumieniu.

Biedny gospodarz musiał w końcu uwierzyć słowom Anderssena  - przecież praktyka potwierdziła je całkowicie...

 Powrót do góry

Hetman w trzeciej potędze

Były mistrz świata dr Max Euwe jechał kiedyś pociągiem, a dla zabicia czasu analizował na swych kieszonkowych szachach jakąś zawiłą końcówkę. Na jednej ze stacji wsiadł do przedziału mężczyzna, który po pewnym czasie grzecznie mistrza przeprosił i zaproponował mu partyjkę szachów. Euwe zgodził się. Ale pod warunkiem, że da swemu partnerowi hetmana „for”. W ten sposób wygrał kilkanaście partii z rzędu. W końcu partner jego miał już dość gry i zwrócił się od mistrza tymi słowami:

„Wie pan, to bardzo dziwne, że przegrałem z panem tyle partii. W dodatku na hetmana „for”. Nigdy mi jeszcze nie dawał forów... Jestem jednym z najlepszych graczy naszego klubu. Czy mógłbym znać pana nazwisko?

”Euwe”

„To pan jest tym znakomitym szachistą Euwe?”

„Nie, ja nie jestem tym Euwe’m. Tamten Euwe rzeczywiście gra bardzo dobrze. Mam znajomego, który mi zawsze daje hetmana „for”. Ten mój znajomy grał kilka razy z tamtym Euwe, i Euwe dawał mu hetmana „for”.

Biedny szachista był rozgoryczony: ile hetmanów „for” mógłby mu dać „tamten Euwe”...

 Powrót do góry

Kto pierwszy, ten lepszy...

Podczas jednego turnieju w ZSRR zdarzył się niezwykły wypadek. W którejś z ostatnich rund skończyły się wszystkie partie, prócz jednej. Gdy zarządzono koniec gry tego dnia, zawodnik, na którego przypadało w tej partii kolejne posunięcie, zapisał je zgodnie z regulaminem w sposób tajny, po czym zaklejono je w kopercie, którą oddano sędziemu.

Drugi z zawodników miał ciężką noc, którą strawił na analizowaniu swej przerwanej partii, a stał w niej bardzo źle. Po kilku godzinach żmudnej analizy doszedł do smutnego wniosku, że pozycja jego jest przegrana i nie warto jej dogrywać. Następnego dnia poszedł więc do sędziego komunikując mu, że zdecydował się partię poddać bez wznawiania gry. Jakież było jego zdumienie, gdy sędzia orzekł, że spóźnił się z poddaniem partii, gdyż uczynił to już... jego przeciwnik!

Okazało się, że partner zapisał posunięcie, po którym tracił szybko wieżę. Przekonawszy się, że nie ma na to rady, poddał partię.

Nie wiemy, czy słuch o tym zdarzeniu dotarł do uszu arcymistrza Reshevsky’ego. Byłoby to dla niego nie lada satysfakcja, gdyż jak wiadomo, Reshevsky uważa, że na poddanie partii jest zawsze czas, a nawet gdy ma już kompletnie przegraną pozycję, to jeszcze „na ruch” przed poddaniem proponuje remis!...

 Powrót do góry

Kura Botwinnika

W 1948 r. w Hadze odbywał się mecz-turniej o mistrzostwo świata. Arcymistrz Botwinnik zatrzymał się wówczas w hotelu „Twee Staden” w Hadze, pozostali zaś uczestnicy zamieszkali w „Domu Zdrojowym” w Scheveningen.

W dniu, w którym Botwinnik rozpoczynał grę w turnieju, dyrektor hotelu „Twee Staden” polecił upiec mu na obiad kurę. Wieczorem, po skończonej partii, dyrektor zapytał Botwinnika:

„Jak się panu powiodło?”

„Wygrałem – odparł Botwinnik.”

„To dzięki mojej kurze – ucieszył się hotelarz”.

Botwinnik roześmiał się.

„Z czego pan się smieje?”

„Wygrałem z dr Euwe”.

Rodak byłego mistrza świata tylko przez moment zasępił się.

„To mnie nie wzrusza, z kim pan wygrał. To pański turniej. Mój „turniej” polega na tym, aby mój gość pokonał gości mojego konkurenta.

Odtąd przed każdą rundą Botwinnik otrzymywał na obiad pieczoną kurę. Po każdej partii dyrektor hotelu oczekiwał swego gościa i nie posiadał się z radości, słysząc z ust arcymistrza:

„Pańska kura zwyciężyła!”

Gdy jednak Botwinnik zremisował parę partii, hotelarz zasmucił się”.

„Kura widocznie była źle upieczona”.

Botwinnik jak wiadomo, zwyciężył w tym turnieju, a dyrektor hotelu był głęboko przeświadczony, że zawdzięcza to jego świetnym kurom.

Powrót do góry


© by www.kubaszachy.cba.pl All rights reserved.