Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!


KSz Stilon      Agencja 64      Gorzów Wlkp.    GG 8708966 Kuba    Email
          Menu główne
Sezony
        O szachach
                  Linki

        




Countomat - licznik oraz statystyki webowe (Statystyki i Analiza danych, Wykresy, Licznik, Dane statystyczne)



Pillsbury Harry Nelson

Znany w końcu ub. stulecia organista angielski Parrat, potrafił grać jednocześnie sonatę Beethovena na organach i rozgrywać dwie partie szachowe, w dodatku na ślepo !

Pod względem tak pojętej różnostronności, bił na głowę znakomitego organistę słynny arcymistrz amerykański Pillsbury, który będąc u szczytu kariery nierzadko dawał podwójny seans, grając na ślepo! 10 partii szachowych i 10 warcabowych, a równocześnie, aby nie marnować czasu w wolnych chwilach, gdy partnerzy myśleli nad posunięciami – grał jeszcze w karty.

Harry Nelson Pillsbury, jeden z największych szachistów świata, z końca 19-wieku i początku 20-go stulecia.  Do najpoważniejszych osiągnięć Pillsbury`ego należą:

1.Hastings 1895

3-4.Norymberga 1896

3.Budapest 1896

1-2.Wiedeń 1898 – w gigantycznym turnieju, dzielona z dr Tarraschem, z którym  Pillsbury przegrał uzupełniający mecz.

2-4.Londyn 1899

2.Paryż 1900

1-2.Monachium 1900 – po dogrywce z Maroczym i Schlechterem

2.Monte Carlo 1902

2.Hannover 1902

3.Monte Carlo 1903

Pillsbury był subtelnym strategiem, w razie potrzeby – błyskotliwym taktykiem.  Doskonale czuł się w końcówkach, fenomenalnie grał na ślepo. Nie najlepszej kondycji fizycznej, nie oszczędzał niestety swych sił, bardzo się eksploatował, co fatalnie odbiło się na stanie jego zdrowia i nerwów. Wielki amerykański szachista zmarł bardzo młodo, w 34 roku życia, w szpitalu dla nerwowo chorych.

Wpadał w pułapki patowe i niedoczasy

Największym chyba wśród arcymistrzów szczęściem do wpadania pułapek patowych, mógł się poszczycić Amerykanin Samuel Reshevsky.  W swej długiej i bogatej praktyce turniejowej, Reshevsky zapatował swych przeciwników 3-krotnie, i co najzabawniejsze, czynił to dokładnie co 11 lat !

Po raz pierwszy nadział się na pata w partii z Pilnikiem, w mistrzostwach USA w 1924 r., z trzema pionkami przewagi, w końcówce hetmańskiej

Po raz drugi w partii z Gellerem w turnieju pretendentów w 1953 r., mając dwa pionki przewagi w końcówce wieżowej, którą jednak niestarannie przeanalizował, w dogrywce wpadł w niedoczas, Geller pseudo ofiarą Wieży (po zabiciu – pat!), zabrał mu najważniejszego pionka i szczęśliwie zremisował.

Po raz trzeci Reshevsky miał przyjemność zapatować partnera, po dalszych 11 latach, w mistrzostwach USA w 1964 r., w partii z Evansem. Miał nie tylko całą figurę więcej, ale i atak, w niedoczasie jednak jeszcze połakomił się na  pionka, i Evans zapatował się efektowną ofiarą Hetmana i Wieży.

O Reshevsky`m, ekscudownym dziecku, jak o nim mówiono, to jeszcze „urodził się w niedoczasie”. Słusznie! Fantastyczne wręcz  niedoczasy Reshevsky`ego były przysłowiowe. Wpadał w nie prawie w każdej partii, nawet we wczesnej młodości.

Eksmistrz świata Capablanca, znany był natomiast z bardzo szybkiej gry, chociaż pod koniec kariery, i on już jednak wiedział, co to niedoczas. Mały przykład:

Na sławnym turnieju AVRO w Holandii w 1938 r., w 13 rundzie, w partii Capablanca-Reshevsky, wykonano dopiero 5 posunięć – 1.d4 Sf6, 2.c4 g6 3.Sc3 d5, 4.Gf4 Gg7, 5.e3 0-0, niezbyt jeszcze nawiasem mówiąc odkrywczych, dobrze znanych z teorii, a minęła już godzina!. Capablanca zużył na namysł 2 minuty, i to było normalne, jego rywal natomiast – całą resztę !!

Uzasadniona awersja

Nasz przedwojenny olimpijczyk dr Tartakower Savielly, znany był ze swej awersji do rozwiązywania problemów szachowych.

Kiedy go zapytano o przyczynę, opowiedział następujący fakt.

Pewnego razu podszedł do niego jeden z problemistów i zagadnął dr Tartakowera:, „Czy nie byłby tak uprzejmy obejrzeć nową trzychodówkę, skomponowaną niedawno przez niego, i wydać o niej swą opinię”?.

Po wyrażeniu zgody prze dr Tartakowera, kompozytor ów wyjął kieszonkowe szachy i począł ustawiać swoje zadanie.  W pewnej chwlil ktoś odwołał problemistę, i pozostawił dr Tartakowera, sam na sam z owym zadaniem.

Dr Tartakower usiadł wygodnie w fotelu i zagłębił się w zadaniu – trzychodówce. Na szachownicy było dość dużo figur, i jak to zwykle w tego rodzaju zadaniach – obie strony miały wiele możliwości.

Powoli jednak dr Tartakower począł tracić cierpliwość. Minęła godzina, a mata w 3-ch posunięciach nie mógł znaleźć. Ambicja oraz zacięcie sportowe nie pozwoliły mu na przywołanie autora zadania, rozmawiającego z przejęciem w innej części sali klubowej.

W ten sposób minęła i druga godzina, ale rozwiązania dr Tartakower nie mógł znaleźć.

Wreszcie po upływie 3-ch godzin do dr Tartakowera zbliżył się nieśmiało kompozytor, i zapytał, jakie jest jego zdanie o okazanej mu trzychodówce.

Dr Tartakower w milczeniu oddał kompozytorowi jego kieszonkowe szachy, lecz zanim zdążył przyznać się do tego, iż zadania tego nie rozwiązał, autor ze skruchą w głosie zawołał: „Przepraszam Pana najmocniej, ale na polu b4 stoi jeszcze biały Goniec!”.

Jak zareagował na to oświadczenie dr Tartakower, nie wiadomo. W każdym razie  arcymistrz nigdy tego nie ujawnił swoim słuchaczom. Natomiast od tego zdarzenia nie spojrzał on więcej na żadne zadanie szachowe.

Chcę zagrać w szachy

Dla zrozumienia poniższej historyjki, konieczne jest pewne wyjaśnienie.

Otóż dość często się zdarza na poważnych turniejach międzynarodowych, że sytuacja w tabeli turniejowej nakazuje zawodnikowi daną partię grać na remis. Jeśli i przeciwnik przypadkowo jest tego dnia pokojowo nastawiony, to już po

kilkunastu posunięciach następuje tzw. zgoda na remis, albo inaczej mówiąc tzw. arcymistrzowski remis.

Tego rodzaju remisy, pozbawiające publiczności emocji, są na ogół źle widziane.

W walce z nimi na poważniejszych zawodach, jak np. w finale mistrzostw ZSSR, przyjmuje się zakaz remisowania bez zgody sędziego przed 20 posunięciem.

Zdarza się również, że któryś z zawodników, nie licząc się w ogóle z sytuacją turniejową przeciwnika, w bezceremonialny sposób proponuje już po kilku posunięciach „zawarcie pokoju”. Jeszcze gorzej, gdy czynią to kilkakrotnie w czasie jednej i tej samej partii. Złą sławą pod tym względem cieszą się szczególnie arcymistrz amerykański Reshevsky, oraz były warszawianin, arcymistrz argentyński Najdorf.

I oto jaki dialog rozegrał się  w czasie jednej z partii, granych przez Najdorfa z arcymistrzem Bolesławskim. Rzecz działa się w Zurichu 1953 roku. W 11 rundzie turnieju kandydatów. W momencie tym Najdorf znajdował się w czołówce tabeli, podobnie zresztą jak i Bolesławski, Jednakże partię tę grał Najdorf czarnymi. Wynik remisowy byłby więc dla niego bardzo wygodny.

Już po ośmiu posunięciach Najdorf zapytuje swego przeciwnika:

- Czy gra pan na wygraną?

Odpowiedź Boleławskiego jest niewyraźna – Mhmm

- Czy też może gra Pan na remis?

Bolesławski znacznie wyraźniej niż poprzednio – Nie!

Najdorf z uśmiechem - A może Pan gra na przegraną?

Bolesławski zniecierpliwoinym głosem - Nie!

- Więc o co Panu chodzi?

- Chcę zagrać partię szachów!

Artysta matematyk

Angielski arcymistrz John Nunn, jest postacią wyjątkową w światowej czołówce. Od lat ma ranking na poziomie światowej ekstraklasy, jest jednym z kilku najwybitniejszych analityków i teoretyków gry. Pisze książki, które natychmiast stają się bestsellerami, komponuje zadania i studia, a także jest w światowej czołówce rozwiązującej problemy.

W dodatku mógłby błyszczeć nie tylko w szachach!

Nauczył się grać jako 4-latek, ale początkowo wybrał inną drogę życiową. Mając lat 15, w 1970 roku, rozpoczął studia matematyczne w Oxfordzie, zostając tym samym najmłodszym od 400 lat studentem w Anglii. Osiem lat później uzyskał już stopień doktora. W tym samym roku ukoronował swoje dokonania szachowe tytułem arcymistrzowskim. A były niemałe, gdyż w 1975 roku zdobył mistrzostwo Europy juniorów. Ten tytuł przeważnie otwiera drogę do wielkiej kariery.

Nunn początkowo nie mógł się zdecydować na wybór przyszłego zawodu. Do 1981 roku pracował na uczelni i przy okazji grał w szachy. Dopiero kolejne sukcesy w 1980 roku – zwycięstwo w tradycyjnym turnieju w Hastings i zdobycie mistrzostwa Wielkiej Brytanii – przesądziły o karierze szachowego zawodowca.

Potwierdzeniem wielkich możliwości były kolejne zwycięstwa w Gjovik rok później. Nic dziwnego, że został powołany do drużyny „Reszty Świata” na rewanżowy mecz z reprezentacją ZSRR w 1984 roku w Londynie. Kilka miesięcy później, podczas olimpiady w Salonikach, uzyskał najlepszy wynik na 2-ej szachownicy – 10 pkt z 11, i był głównym autorem srebrnego medalu dla druzyny Anglii. W czasie olimpiady, podczas dnia wolnego. Wygrał jeszcze konkurs olimpijski w rozwiązywaniu zadań.

W drugiej połowie lat 80-tych wygrywa turnieje w Krefeld 1986, Genewa 1987, ale największym sukcesem było zdobycie 6-tego miejsca w łącznej klasyfikacji 1-szej edycji Pucharu Świata. Wyprzedzili go tylko Kasparow, Karpow, Sałow, Ehlvest i Ljubojevic. Jak sam stwierdził, właśnie Puchar na nowo wzbudził w nim zainteresowanie  szachami.

Swoją szachową edukację rozpoczął Nunn od świetnych książek Freda Reinfelda „1001 Ways to Checkmate” (1001 dróg do mata) i drugiej, o równie „baśniowym tytule” „1001 Winnings Chess Combination” (1001 wygrywających kombinacji). Studiował zbiory partii Capablanci, Alechina, Fischera, zachwycał się obiektywizmem analiz Keresa.

Sławę przyniosło Anglikowi pisanie książek szachowych. Zaczął od monografii debiutowych, które wyróżniała rzetelność analizy. Pod koniec 1987 roku wydał, razem z Peterm Griffithem, zbiór 24 własnych skomentowanych partii pod znamiennym tytułem „Secrets of Grandmaster Play” (Sekrety arcymistrzowskiej gry). Wzorując się na obiektywizmie Keresa, Nunn stworzył pracę nie mającą sobie równych we współczesnym piśmiennictwie szachowym. Pokazuje ona sposób myślenia gracza najwyższej klasy, podczas szachowego pojedynku.

Inną dziedziną działalności Nunna jest komponowanie i rozwiązywanie zadań i studiów. Najwyżej ceni prace radzieckich kompozytorów: Kaspariana, Korolkowa i Nadareiszwili. Uważa, że każdy praktyk powinien interesować się szachowymi studiami. Efektem tej pasji Nunna są kolejne dwa bestsellery: „Tactical Chess Endings” (Taktyczne końcówki szachowe), i „Solving in Style” (Stylowe rozwiązania).

Szczególnie to drugie dzieło wywołało zachwyt szerokich kręgów czytelników. Pisali o nim w superlatywach teoretycy kompozycji. W piśmie „The Problemist” ukazał się list sygnowany przez Jana Pawła II, który dziękując za publikację własnych zadań prosił, aby sygnować je nazwiskiem Karol Wojtyła. W postscriptum zawarta była informacja, że przez całe lato 1987 roku książka Nunna „Solving in Style” była codzienną lekturą autora listu, który uważa, że Nunn „ucząc rozwiązywania problemów w niezwykły sposób odsłania sztukę kompozycji”. Do dziś nie udało się uzyskać potwierdzenia, czy autorem korespondencji z „The Problemist” był Papież. Znaczna część opinii publicznej jest przekonana, że ktoś fałszował listy od Papieża,  aby puścić sensacyjną plotkę. Nie zmienia to trafności opinii o książce Nunna wyrażonej w liście.

Przed paru laty Nunn ostro skrytykował szachową politykę w Anglii twierdząc, ze marnotrawiony jest dorobek lat poprzednich, który wyniósł szachy w Anglii do poziomu potęgi. Teraz świetność jest zagrożona. Nie ma silnych turniejów, w poszukiwaniu lepszych nagród cała czołówka gra na kontynencie. W wywiadzie dal „News in Chess” Nunn jako curiosum podał fakt, że przez kilkanaście miesięcy nie zagrał z żadnym liczącym się szachiście u siebie w Anglii.

Równocześnie Nunn chętnie grywa w turniejach weekendowych uważając, że trzeba umieć wygrać z potencjalnie słabszym rywalem, którego się nie zna. Anglik nawołuje do organizowania większej liczby turniejów o zróżnicowanym składzie – obok silnych arcymistrzów, zawodnicy spoza czołówki. Jego zdaniem elitarność zawodów źle wpływa na popularność królewskiej gry.

W środowisku szachowym Nunn ma przydomek „doktora”. Wynika on nie tylko z tytułu naukowego, ale jest związany także z analitycznym podejściem do gry, wszechstronnością zainteresowań arcymistrza i autorytetem, jakim cieszy się w angielskim środowisku szachowym. Zawsze uśmiechnięty, otoczony młodzieżą, chętnie służy radą  i szkoli następców. Wiele spotkań towarzyskich rozegrał m.in. z Nigelem Shortem, który jest teraz w czołóce światowej i szykuje się do finałowego meczu pretendentów z Timmanem, którego stawką jest prawo do gry z Kasparowem. W sukcesie Shorta trudno nie docenić roli właśnie Johna Nunna.

(Rok 1992 – Gazeta Wyborcza)

Taniec nad wulkanem

Klaus Junge - Niedoszły mistrz świata

Z najsilniejszymi szachistami świata rywalizował mając zaledwie 17 lat, a to, co wówczas pokazał, predystynowało go do walki o tytuł szachowego mistrza świata. Niestety, Klaus Junge zginął na froncie 27 kwietnia 1945 roku. Był jedną z ostatnich ofiar wojny w Europie. Wiktor Czaruszin, rosyjski publicysta szachowy, swą książkę o młodym niemieckim geniuszu opatrzył znamiennym tytułem – „Taniec na krawędzi wulkanu”.

Urodził się w Conception w Chile. Rodzice byli Niemcami, ojciec zajmował się handlem, ale także był dobrym szachistą. Wcześnie zaczął zapoznawać synów z tajnikami królewskiej gry, jednak tylko najmłodszy zabłysnął na światowej arenie. W 1928 roku rodzina wróciła do Niemiec i osiadła w Hamburgu – wówczas jednym z najsilniejszych ośrodków szachowych w kraju. Tutaj mały Klaus miał doskonałe warunki do rozwijania swych uzdolnień. Możliwe, że razem z ojcem podziwiał zwycięstwo Polaków i zdobycie brązowego medalu przez Niemców podczas hamburskiej olimpiady w 1930 roku.

Pierwsze poważne partie rozegrał Junge w wieku 13 lat. Już wówczas zadziwiał dojrzałością gry w końcówkach. Kilka lat później ówczesny mistrz świata Aleksander Alechin, będzie go uznawał za eksperta od tej fazy partii. W Wielkanoc 1939 roku 15-letni Klaus wygrywa w Lubece turniej ziem północnych i zdobywa – obok swego ojca – miejsce w reprentacji Hamburga na drużynowe mistrzostwo Niemiec. Był to spory sukces, zważywszy że Niemcy były w tym czasie szachową potęgą – w tym samym roku ich reprezentacja wygrała w Buenos Aires olimpiadę szachową, wyprzedzając o pół punktu Polskę (część meczów – w tym Polski z Niemcami – zakończyła się bez gry remisem ze względu na wybuch wojny).

Wunderkind

O młodym Junge coraz częściej pojawiają się informacje, w których nierzadko pada określenie „wunderkind” – cudowne dziecko. Na pełne potwierdzenie tego „tytułu” trzeba było jednak poczekać do 1941 roku. Najpierw Klaus Junge wygrał mistrzostwo Hamburga zdobywając 9 punktów z 9 partii! Potem na Wielkanoc podzielił 1-2 miejsce w hamburskim turnieju ziem północnych. Już z mistrzowskim tytułem wystartował w mistrzostwach Niemiec w Bad Oyenhausen, gdzie wraz z Paulem Schmidtem, najsilniejszym wówczas szachistą niemieckim (z pochodzenia Estończykiem). Zwycięstwo najmłodszego i najbardziej doświadczonego uczestnika było szokiem dla rywali, a zarazem potwierdzeniem wielkich możliwości 17-latka. Dwa miesiące później Junge przegrał mecz o tytuł ze Schmidtem, ale swoją rycerskością zdobył serca opinii publicznej.

Miał lepszą pozycję i przewagę materialną w 1-ej partii, a rywal był w kolosalnym niedoczasie. Mimo to Junge zaproponował mu remis! Nie chciał wygrać przez czas. Dwie następne partie przegrał i było po meczu. Już to zadziwiło kibiców. A potem Klaus skomentował w prasie szachowej wszystkie partie meczu. Niezwykle rzadko na taką pracę decyduje się przegrany...

Krótka wojenna kariera

Sukces w mistrzostwach Niemiec zaowocował zaproszeniami do kilku turniejów, które rozegrano w latach 1941-1942. Wspomniany już Czaruszin zauważył, że w tych latach za Alechinem podążali jak cień Paul Keres i Klaus Junge. Pierwsze spotkanie z mistrzem świata miało miejsce podczas mistrzostw Generalnej Guberni rozegranych w Krakowie i Warszawie w 1941 roku. Junge podczas turnieju był wyraźnie stremowany, kilka wygranych pozycji tylko zremisował. Zajął 4-te miejsce za Aliechinem, Schmidtem i Bogoliubowem, ale nie przegrał żadnej partii. Rok później, gdy mistrzostwa grano w Warszawie, Lublinie i Krakowie, ustąpił już tylko Alechinowi.

Mistrza świata pokonał Klaus tylko raz – w Salzburgu w 1942 roku, a przegrał z nim 3-krotnie (drugą partię w Salzburgu w mistrzostwach Generalnej Guberni w 1942 r. i podczas turnieju w Pradze w grudniu 1942 roku). Jednak właśnie Alechin podkreślał wówczas – obok niedościgłej biegłości w rozgrywaniu końcówek – jego wielką znajomość debiutów. Widziano w nim gracza arcymistrzowskiej klasy. W jednym z wywiadów Alechin dodał, że Klusowi Junge pomaga nie tylko młodość, ale także precyzja myślenia i matematyczne wykształcenie.

Ze swastyką w tle

Podczas turnieju praskiego miał już pobór do Wehrmachtu. Znany czeski szachista Karel Opocensky, który w czasie wojny działał w podziemiu, wspominał, że po jednej z rund spotkał się z Junge i Friedrichem Samischem w kawiarni. Podczas rozmowy Opocensky powiedział, że jeszcze niedawno płaciło się czeskimi koronami, a teraz w kieszeni trzeba nosić dużo papierowych okupacyjnych marek. Jakie było jego zaskoczenie, gdy młody Junge pochylił się ku niemu życząc mu, aby jak najszybciej znowu mógł płacić rachunki w czeskich koronach.

Były to już ostatnie chwile szachowej kariery Klausa Junge. Po ukończeniu 19 lat został wcielony do wojska. W ciągu następnych 3 lat rozegrał tylko jedną partię podczas urlopu w 1944 roku. W 1945 roku podczas pobytu w szpitalu w Lipsku napisał jeden artykuł do niemieckiej prasy szachowej, w którym zajął się grą korespondencyjną na tle gry praktycznej. Zginął jako porucznik Wehrmachtu w bitwie pod Welle niedaleko Hamburga w walce z Amerykanami.

Przy zwłokach Klausa znaleziono notatki z matematycznymi pracami. Być może zginął nie tylko wielki szachista, następca Laksera i Aliechina, ale także genialny matematyk. Miał zaledwie 21 lat.

Styl gry Klausa Junge był niepowtarzalny. Często zostawiał króla w centrum szachownicy bez obrony, aby ściągnąć na niego atak przeciwnika, a w tym czasie przeprowadzić rozstrzygający kontratak. Nazywano to tańcem nad wulkanem. Niestety wojna okazała się silniejszym przeciwnikiem niż szachowi rywale.

Zginął walcząc za sprawę, której nie popierał. Gdyby żył, miałby teraz 70 lat.

1994 – Gazeta Wyborcza

Pilnik Hermann – szczera wypowiedź

Znany szachista niemieckiego pochodzenia, urodzony w Stuttgarcie, od 1930 r. mieszkający w Argentynie, obywatel argentyński, 3-krotny champion tego kraju,  arcymistrz od 1952 r., uczestnik 5 olimpiad

(w latach 1950-1958) Hermann Pilnik, zakwalifikował się do Turnieju Kandydatów w 1956 r. Zajął tam niestety 10, czyli ostatnie miejsce, zgodnie z przewidywaniami. Argentyński arcymistrz sam zresztą nigdy nie przeceniał, ani swej gry, ani swych możliwości. Przyjmując gratulacje po turnieju goeteborskim w 1955 r., skromnie oświadczył, ze nawet „Ślepa kura znajdzie czasem ziarnko”. Nie możemy przypomnieć sobie, aby którykolwiek z kolegów arcymistrza (po fachu, czy po tytule), zdobył się na tak naprawdę szczerą wypowiedź, w podobnych okolicznościach.

Przypomnijmy jego sukcesy:

1-2. Mar del Plata 1944,  Luzern 1950-51,

1.Beverwijk 1951,  Wiedeń 1951-52,  Belgrad 1952,

2.Bled 1950,  Beverwijk 1952,

2-3. Mar del Plata 1942,   Mar del Plata 1945,

3-4. Nowy Jork 1948-49.

Niebezpieczne dziecko

W marcu 1951 r. Niemcy zorganizowali w Dortmundzie niewielki, ale silnie obsadzony turniej międzynarodowy. Wśród zaproszonych widniały nazwiska arcymistrzów Bogoliubowa, O`Kelly`ego, Stoltza, Rossolimo i kilku innych znanych mistrzów. Zaproszono również trzech Jugosłowian, a ci ostatni obok arcymistrza Pirca, wydelegowali swoim zwyczajem na turniej dwu przedstawicieli młodzieży: Milica i Fuderera.Dodajmy. że Fuderer, niewysoki, sympatyczny blondynek, o bardzo chłopięcych rysach twarzy, nie miał jeszcze wówczas 20 lat, a wyglądał grubo młodziej. Toteż właściwie trudno się dziwić, że gdy organizatorzy po raz pierwszy ujrzeli Fuderera, wpadli w zdecydowanie zły humor, dziwiąc się, że Jugosłowianie mogli tak dalece zlekceważyć szachistów niemieckich, wysyłając „dziecko” na poważny turniej, w którym grać przecież mieli arcymistrzowie. Zastanawiano się nawet, czy należy Fuderera w ogóle dopuścić do turnieju, ale nie chcąc obrazić gości, wciągnięto ostatecznie „dziecko” na listę uczestników i turniej rozpoczął się. Gdy Fuderer już na starcie w świetnej, krótkiej partii rozniósł Bogoliubowa – Niemcy początkowo nie wierzyli własnym oczom. Szereg dalszych sukcesów jugosłowiańskiego chłopaczka, m.in. zwycięstwo nad „cichym faworytem” niemieckim Pfeifferem – przyjęto już nieco spokojniej. Turniej wygrał ostatecznie, jak wiadomo O`Kelly 7,5 z 11, a Fuderer mając 7 pkt, podzielił z Milicem 2-3 nagrodę, w swoim pierwszym międzynarodowym turnieju, udowadniając jeszcze raz, że „dzieci” potrafią być bardzo groźnymi przeciwnikami, a młody wygląd i wiek bynajmniej nie przeszkadzają szachistom w uzyskiwaniu pięknych wyników.

Trzy razy remis w Hastings

W czasie międzynarodowego turnieju w Hastings, miała rzadko spotykana scena. Rzecz działa się w 8 rundzie. Sytuacja w czołówce wyglądała w ten sposób, że na czele tabeli utrzymywał się arcymistrz Gligoric, mający 6 pkt. W ślad za nim szedł acymistrz radziecki Bondarewski 5 pkt, a za nim arcymistrz z Szabo z 4,5 pkt. Po 5 godzinach gry żaden z arcymistrzów nie uzyskał rozstrzygającej przewagi. Tego dnia ich angielscy przeciwnicy, bronili się bardzo zażarcie.

Nikt też z arcymistrzów nie chciał zbytnio ryzykować. Sytuacja  turniejowa zmusiła  jednakże do ryzyka znajdującego się na trzeciej pozycji Węgra Szabo. „Teraz, albo nigdy” – pomyślał on i zaofiarował figurę za atak. Na pozór wszystko wyglądało logicznie, tzn., że ofiara jest poprawna i że u Szabo pojawiają się realne szanse na wygraną. Przyjrzawszy się pozycji Szabo, arcymistrz Bondarewski usiadł przy swym stoliku, i zamyślił się, szukając możliwości skomplikowania gry, w przypadku bowiem remisu, Szabo doganiał go. Również i Gligoric począł nerwowo kręcić się na swym krześle. Droga do uniknięcia remisu w jego pozycji, prowadziła jedynie przez wątpliwej jakości ofiarę piona, na co trudno mu było się zdecydować. Ale jeśli wygra Szabo, to na pewno i Bondarewski rzuci się w wir walki, w której jego zwycięstwo jest całkiem możliwe. Ta perspektywa bynajmniej nie uśmiechała się Gligoricowi.

W ostatniej rundzie czekała go trudna partia z Clarkiem, i więcej jak na remis trudno było liczyć. A zatem samodzielne zwycięstwo może się wymknąć z rąk.

Jednakże wkrótce okazało się, że ofiara Szabo była niepoprawna, i arcymistrz był wręcz zachwycony możliwością forsowania remisu przez wieczny szach. Na to tylko czekał Bondarewski, który niezwłocznie zaproponował przeciwnikowi remis. Propozycja ta została przez Greena przyjęta. A wówczas Gligoric bez dłuższego namysłu wyciągnął rękę do swego przeciwnika z zapytaniem: „Draw?”, na co Lloyd odpowiedział: „O`key” i runda zakończyła się.

O czym myślał Gligoric

W tymże turnieju w Hastings, padł zapewne rekord ilości zużytego czasu, przy obmyślaniu jednego posunięcia. W partii z Cafferty-Gligoric, ten ostatni wpadł w zadumę, i nad swoim 10 pos. myślał „zaledwie” 1 godzinę i 40 minut ! Wytrawny znawca teorii, Gligoric dał się zaskoczyć przez młodego i raczej mało jeszcze znanego przeciwnika. Miało to miejsce po ruchach: 1.e4 e5, 2.Sf3 Sc6, 3.Gc4 Sf6, 4.d4 cd4. 5.0-0 S:e4, 6.We1 d5, 7.G:d5 H:d5, 8.Sce Ha5, 9.S:e4 Ge6, 10.Gd2.

Jak się okazało – Gligoric myślał nie „na darmo”. Partia po 33 ruchach zakończyła się jego wygraną. Zapytany po partii, dlaczego tak długo myślał nad odpowiedzią, skoro ruch Cafferty`ego 10.Gd2 jest ostatnio w modzie, i właśnie szczególnie w Jugosławii, został on poddany dokładnej analizie. Ciekawy był proces myślowy Gligorica. Odpowiedź arcymistrza była następująca:

Od kilku lat nikt nie grał przeciwko mnie włoskiej partii, i nie dał mi wobec tego możliwości zastosowania obrony dwóch skoczków (tak nazywa się debiut zastosowany przez Gligorica w partii przeciwko Cafferty`emu). Przypomniałem sobie, że kilka lat temu w Somborze, w czasie mistrzostw Jugosławii, ten sam ruch zastosował przeciwko mnie Mario. Odpowiedziałem wówczas 10....Gb4, i wpadłem w trudności. Musiałem więc przypomnieć sobie najpierw przebieg mojej partii przeciwko Mario. Kiedy już partię sobie przypomniałem, zacząłem odtwarzać w pamięci wszystkie późniejsze analizy: gdzie w owej partii popełniłem błąd, i jak należało wtedy grać. Gdy i to przypomniałem, „ogarnęła mnie rozpacz”. Stwierdziłem bowiem, że w myśl owych analiz, czarne mogą wprawdzie bez trudu wyrównać partię, ale szereg wymian sprowadza się do równej i raczej remisowej pozycji. Było dla mnie oczywistym, że mój przeciwnik zna dokładnie wszystkie analizy, i że właśnie dąży do remisu. A ta pespektywa nie uśmiechała mi się. Miałem więc do wyboru: albo solidna odpowiedź z prawdopodobnym remisowym zakończeniem, albo...znalezieniem czegoś zupełnie nowego, co jednakże dawałoby mi nie tylko szansę na wygraną, lecz również nie stanowiło zbyt wielkiego ryzyka. Pozycja przecież na szachownicy była bardzo ostra! A znaleźć coś nowego przy „tykającym zegarze”, nie jest tak łatwo. W reszcie zdecydowałem się na 10....Hd5, co jest istotnie posunięciem nowym. Okazało się jednak, że moja decyzja była słuszna. Mój zdolny, ale mało doświadczony przeciwnik dał się wywieść w pole!

Trener w roli przeciwnika

Ostatnie mistrzostwa ZSRR były zarazem turniejem strefowym z cyklu rozgrywek o indywidualne mistrzostwo świata. W związku z tym walka była prowadzona była ze znacznie większą zaciętością. Bywają partie, gdzie z góry wiadomo, że zakończy się ona remisem. Są to przede wszystkim takie, w których po przeciwnych stronach zasiadają stali partnerzy wspólnych analiz teoretycznych. Znane są np. takie pary jak Furman-Tajmanow, Spasski-Tołusz, Simagin-Smysłow, i inne. Jednakże w turnieju wchodzącym w cykl rozgrywek o mistrzostwo świata, obowiązują zupełnie inne zwyczaje. Z drugiej jednak strony takie „parki” znają się na wylot, znają też wzajemnie „sekrety”. I oto w 6 rundzie zasiedli przy jednej szachownicy eksmistrz świata Wasyl Smysłow i jego wieloletni trener i sekundant, mistrz międzynarodowy W. Simagin. Już debiut wywołał kolosalną sensację na sali turniejowej. Rozegrana bowiem została obrona Grunfelda, w której obaj partnerzy są wyśmienitymi, a może i najlepszymi na świecie znawcami. Obaj też mają niewątpliwie wspólne analizy w tym otwarciu. Jednakże w takim przypadku obowiązuje ścisła tajemnica analiz. Obaj partnerzy rozegrali jeden z bardziej znanych wariantów tego otwarcia, a sama partia po bardzo ostrym przebiegu zakończyła się zwycięstwem Smysłowa.

Wyrównany rachunek

Poważne błędy w praktyce arcymistrzów zdarzają się stosunkowo rzadko. Tym niemniej zdarzają się... W czasie turnieju kandydatów w Amsterdamie w partii Petrosjan-Bronstein, w lepszej pozycji, i w dużym niedoczasie, Petrosjan podstawił Hetmana. Bronstein nie zastanawiając się „sprzątnął” białego Hetmana z szachownicy, po czym Petrosjan oczywiście poddał partię. Rzecz działa się w 2-ej rundzie, a więc niemalże na początku turnieju. Nic też dziwnego, że Petrosjan kilkakrotnie w czasie turnieju w żartobliwy sposób domagał się od Bronsteina, by ten zwrócił mu „zarekwirowanego” Hetmana, w mniej więcej w ten sposób: - Dawidzie, Dawidzie, jak mogłeś zabrać mi Hetmana”. I oto nadarzyła się ku temu okazja. Po zakończeniu turnieju odbył się pożegnalny bankiet, w czasie którego kilka większych firm holenderskich dla celów reklamowych, obdarowało uczestników turnieju różnymi podarkami. Między innymi jedna z firm cukierniczych, przygotowała bombonierkę, zawierającą komplet figur szachowych odlanych z czekolady, z białymi i czarnymi figurami. Natychmiast po otrzymaniu bombonierki,  na estradzie, arcymistrz Bronstein wyciągnął z niej białego Hetmana, podszedł do Petrosjana i wręczył go ze słowami: - Zwracam Ci Hetmana, i uważam swój rachunek za wyrównany. Ten dowcipny gest Bronsteina powitany został burzą oklasków.

Marshall i szachiści korespondencyjni

Wielokrotny Mistrz USA i zarazem jeden z najsilniejszych szachistów świata na początku naszego stulecia, Frank Marshall, miał ciekawą „przygodę” z szachami korespondencyjnymi. Otóż w pewnym turnieju korespondencyjnym, los przydzielił dwóch szachistów amerykańskich, członków znakomitego Marshall Chess Club, do jednej grupy wspomnianego turnieju. Partia między tymi szachistami miała dość interesujący przebieg i po pewnym czasie wytworzyła się ciekawa pozycja. I z tą właśnie pozycją zgłosił się do Marshalla jeden z grających, z prośbą o pomoc w analizie. Na ogół wielcy szachiści ze względów zasadniczych i łatwo zrozumiałych, odmawiają jakiejkolwiek pomocy w partiach korespondencyjnych. Pomoc taka bowiem przesądzić może wynik partii i oznacza tyle samo, co „podpowiedzenie” posunięcia. Jednakże Marshall nie wiedział, że chodzi tu o partię korespondencyjną, i chętnie przeanalizował owemu szachiście pokazaną mu pozycję. Jakież było jego zdumienie, gdy po kilku dniach zgłosił się do niego inny szachista, również członek Chess Club, i pokazując mu tę samą pozycję ze zrobionym dodatkowym posunięciem, jakie Marshall uznał przy pierwszej analizie za najsilniejsze – poprosił Marshalla, podobnie jak jego poprzednik, o pomoc przy analizie. Marshall nie dał po sobie poznać, że domyśla się o co chodzi. Przeanalizował on pozycję i podsunął mu przy okazji pewne posunięcie, jako najsilniejsze. Dalszego ciągu łatwo się domyślić. Minęło kilka dni i znów do Marshalla zgłosił się pierwszy szachista z prośbą o pomoc. Nic dziwnego – otrzymane drogą korespondencyjną posunięcie było zaskakujące i przekraczające zdolności analityczne owego szachisty. Marshall przeanalizował pozycję i podsunął znów nie mniej skomplikowane posunięcie. Po kilku takich „poradach”, obaj szachiści znaleźli się w tak „zawikłanych” sytuacjach, że już bez skrupułów niepokoili Marshalla, przyznając się, że bez niego nie dadzą sobie rady. W ten sposób Marshall rozgrywał partię korespondencyjną sam ze sobą. Ale o to właśnie mu chodziło. Gdyż w ten sposób mógł z honorem, bez skrzywdzenia żadnego z kolegów, doprowadzić szybko partię do remisowego zakończenia.

Zwyciężyła młodość

Bardzo ciekawą sylwetką w historii szachów, był znakomity szachista niemiecki J. Mieses, zmarły w 1954 r. w Anglii, gdzie spędził kilkanaście ostatnich lat życia. Mieses grywał czynnie w szachy niemalże do samej śmierci (zmarł w wieku 89 lat).

W czasie pewnej symultany w Londynie w 1948 (Mieses liczył wówczas 83 lata!), jednym z przeciwników Miesesa był 84 letni staruszek. Gdy partia zakończyła się wygraną Miesesa, dowcipny arcymistrz krzyknął triumfującym głosem: - I znów zwyciężyła młodość!...

Kiedy J. Mieses osiedlił się na stałe w Anglii, Brytyjczycy w nie dość precyzyjny sposób wypowiadali jego nazwisko, zwracając się do niego per: „Mister Myses”. W tego rodzaju przypadkach arcymistrz zwykle prostował: - Uprzejmie przepraszam, ale moje nazwisko jest nie „Mister Myses”, lecz Myster Mieses”

Za dawnych minionych lat...

Jednym z najgroźniejszych rywali ówczesnego mistrza świata dr Emanuela Laskera, był jak wiadomo, w pierwszych latach naszego stulecia, słynny arcymistrz wiedeński Carl Schlechter. Jego mecz o mistrzostwo świata z Laskerem był zakontraktowany na 1910 rok, a ostatnim przed nim spotkaniem obu przeciwników okazał się wielki mistrzowski turniej w Petersburgu, zorganizowany ku uczczeniu śmierci Czigorina na początku 1909 roku. Ślepy los (losowanie) sprawił, że partia Schlechter-Lasker miała być rozegrana już w pierwszej rundzie. Punktualnie o godz. 10.00, natychmiast po uruchomieniu zegara prze sędziego, Schlechter grający białymi, wykonał ruch 1.e2-e4, i ponieważ mistrza świata jeszcze nie było, udał się do bocznej salki, oczekując tam na przybycie partnera. Z niewiadomych przyczyn Lasker mocno się spóźnił, zjawił się na sali dopiero o godzinie 10.30, nie okazując jednak najmniejszego zdenerwowania, spokojnie usiadł przy szachownicy i zagrał 1....e7-e5. Schlechter niezwłocznie oczywiście zawiadomiony o przybyciu przeciwnika, wrócił do stolika – nie chcąc jednak w tak ważnej partii wykorzystać sytuacji, względnie otrzymać od mistrza świata cennych 30 minut „for” – odczekał przy szachownicy pół godziny, i dopiero gdy oba zegary wykazywały jednakową ilość zużytego czasu, odpowiedział 2.Sg1-f3, i partia potoczyła się dalej. Po bardzo ostrej grze, w której początkowo Lasker osiągnął znaczną przewagę, później jednak popełnił niedokładność i Schlechter bardzo subtelnie broniąc się w Wieżowej końcówce, wyrównał szanse. Wspaniała walka wielkich rywali zakończyła się sprawiedliwym remisem.

Ciekawe, ilu dzisiejszych arcymistrzów poszłoby w podobnym wypadku, śladami wiedeńskiego arcymistrza?

Sztuka przegrywania

Nikt nie lubi przegrywać, ale sposób w jaki zawodnik przyjmuje porażkę, nieraz budzi liczne kontrowersje. W szachach należy do nich moment poddawania partii. Można poddać się z twarzą zawodowego pokerzysty, bez zdradzania najmniejszych oznak niepokoju – jak Rubinstein, a nawet z okazywaniem życzliwości partnerowi, jak robi to Euwe.

Poddanie w stylu Janowskiego oznacza zachowanie miny osoby skromnej, która jednocześnie informuje partnera, że jest największym fuszerem jakiego zna historia, i któremu należałoby dawać fory!

Poddać się „a`la Capablanca” – to przybrać postawę milionera, rzucającego jałmużnę żebrakowi.

Temu kto wskazuje na stolik krzycząc: „Jak mogłem przegrać z takim idiotą?” – należy przypomnieć o prekursorze tego pomysłu – Nimzowitschu.

Słynący z elokwencji Spielmann, w chwili gdy przychodziło mu się poddać, nie mówił ani słowa, a już w żadnym wypadku nie zdobywał się na sakramentalne – poddaję.

Metoda Gruenfelda polegała na zatrzymaniu zegara i odejściu od stolika gry, bez zwracania uwagi na przeciwnika. Była to modyfikacja metody Bardelebena, który zrejterował z sali turniejowej.

Podczas turnieju w Kecskemet, Mueller odkrył nowy sposób poddawania partii, wprawdzie nie ratujący przed stratą punktu, ale pozwalający na zachowanie godności (??!). Otóż, gdy jego partia została odłożona, i w dniu dogrywki kierownik turnieju Maroczy otworzył kopertę, zamiast zapisanego posunięcia – widniało tam: PODDAJĘ SIĘ - MUELLER.

Opisane historie, i im podobne zdarzają się nieraz. Nikt nie chce przegrywać, a przegrywającemu nie zawsze udaje się ukryć swego rozczarowania.

Z historii handicapu

Do początków naszego stulecia ogromną popularnością cieszyły się gry handicapowe, w których spotykali się szachiści o różnej sile gry: słabsi otrzymywali od silniejszych  fory w postaci piona, figury, lub dodatkowych posunięć. W podręcznikach teorii z tamtych czasów znaleźć można rozdziały poświęcone, jak wtedy określano – „grze z przeddatkiem.

Wielu czołowych szachistów świata, rozpoczynało swą karierę od brania for. 14-letni Philidor w paryskiej kawiarni ”Regence” dostawał od Legala Wieżę, potem Skoczka, wkrótce Legal musiał uznać go za równorzędnego partnera.

Wiele lat później w Petersburskiej kawiarni „Dominika”, podobne „lekcje” brał Czigorin od Schiffera.

Ciekawe, że większość zachowanych partii Philidora to te, w których dawał fory swym przeciwnikom – Skoczka lub piona.

Byli i tacy szachiści, którzy uznawali tylko grę na fory. Należał do nich znakomity francuski szachista Deschapelles. I tak goszcząc w 1807 r. w Berlinie, dawał wszystkim członkom tamtejszego klubu szachowego po całej Wieży. Ciekawe również, że Deschapelles generał armii Napoleońskiej, który w jednej z bitew stracił prawą rękę, należał do czołowych bilardzistów Paryża, i tu również dawał wszystkim fory!

Gra z handicapem wymaga dużych umiejętności szachowych, ale opiera się często na zagrywkach psychologicznych. Nieraz trzeba odrzucać obiektywnie najsilniejsze kontynuacje – prowadzą bowiem do zbyt dużych uproszczeń – na korzyść takich, które sprowadzają grę do sytuacji niejasnych, czasem zagmatwanych, w jakich gubić się będzie niedoświadczony przeciwnik.

Praktyka wykazała, że gra na fory, w której plany opiera się nie na silnych, ale słabych ruchach przeciwnika, przynosi silniejszemu niewielkie korzyści w procesie doskonalenia jego umiejętności. Fory mogą dawać (i otrzymywać) gracze, których dzieli różnica kilku klas gry, choć przy współczesnej technice obrony, jest to również ryzykowne: dlatego modna kiedyś gra „z przeddatkiem” w oficjalnych rozgrywkach, nie jest już stosowana.

Podpatrujemy arcymistrzów

Kotow wydał książkę, w której opisuje zachowanie się podczas gry, kilku znanych arcymistrzów. Nie wszyscy zawodnicy potrafią wysiedzieć przy szachownicy przez pełne 5 godzin. Nie wszyscy też potrafią zachować przez tak długi czas całkowite milczenie. Normalny rytm walki przy szachownicy, wygląda w ten sposób, że zawodnik wykonuje swój ruch, naciska zegar, zapisuje posunięcie na specjalnym blankiecie, po czym najczęściej wstaje od swego stolika, by nieco się odprężyć, by spojrzeć na inne partie, by ewentualnie zamienić parę słów z kolegami na jakiś obojętny temat. „Ocena innych partii, ale w żadnym wypadku nie własnej. Jest to zabronione przez regulamin turniejowy”.

Zabronione! Ale spróbujcie okiełznać temperament Miguela Najdorfa! Po każdym ruchu podbiega on do zawodników i pyta:

-         No, jak stoję? Dobrze czy źle? Dobry ruch zrobiłem?

Z tego rodzaju pytaniami zwraca się on również do arcymistrzów na widowni. Argentyńczyk przejawia przy tym dużą nerwowość, bez względu na to, czy ma złą, czy też wygraną pozycję.

Razu pewnego Keres postanowił  zażartować sobie z niespokojnego Argentyńczyka.

-         Co sądzisz o mojej pozycji? – zapytał Najdorf po wykonaniu ruchu, po którym uzyskiwał zwycięski atak.

-         Bardzo zła! Po prostu przegrywasz partię. – odpowiedział zdecydowanym tonem Keres.

Najdorf wybuchnął śmiechem i... pogłaskał Keresa po twarzy.

Jak trudno walczyć i tworzyć na oczach setek podnieconych kibiców. Szczególnie na turniejach radzieckich, tu dosłownie wszyscy widzowie dobrze znają się na szachach, i toczą gorące spory na temat każdego ruchu, proponują swe własne kontynuacje.

Co robić? Jak okiełznać widownię? Proponowano stosować środki administracyjne,.karać zbyt hałaśliwie zachowujących się. Potem jednak zdecydowano, że nie wypada. Często zdenerwowany widz wykrzykuje, nie zdając sobie z tego sprawy. Czy można go ukarać? Gdzieś w operze takiego widza uspokoją sąsiedzi - nie przeszkadzać! – ale na turnieju sąsiedzi sami pragnęliby porozmawiać, podyskutować na temat ciekawej partii.

Były propozycje izolowania grających, umieszczenia ich w oddzielnych pokoju, w pobliżu sceny. W wyjątkowych okolicznościach tak się robi, ale protestują przeciwko temu liczni szachiści. Pragną oni grać właśnie w obecności kibiców, bo obecność ta działa na nich dopingująco. Dlatego też do dnia dzisiejszego gra toczy się w dużych salach. A zbyt krewkich kibiców uspokajają porządkowi.

Szczególnie dotkliwie odczuwają gwar na sali mistrzowie starszego pokolenia. Nerwy! Ja sam próbowałem zatykać uszy wygładzonymi główkami pionków szachowych. Ale nie odnosiło to zamierzonego skutku, a wywoływało jedynie uśmieszki obecnych na sali kpiarzy.

Bardziej radykalne środki zastosował Botwinnik. Zdecydowawszy się na usunięcie raz na zawsze wpływu hałasu na proces myślowy, rozegrał on z Ragozinem specjalny mecz treningowy. Obok szachownicy  ustawili oni aparat radiowy rozbrzmiewający fortissime. Przy okazji „załatwiono się również z problemem dymu od papierosów. Ragozin palił w czasie tego meczu najohydniejsze gatunki papierosów.

Za to teraz Botwinnik siedzi przy szachownicy przez 5 godzin jak sfinks. Ale gdy weteran ten jest niezadowolony ze swej pozycji – doświadczony kibic pozna to po drobnych na pozór oznakach.

Jak to często bywa w czasie meczu o mistrzostwo świata, wbiegał do biura prasowego znawca szachów Jakub Rochlin i wykrzykiwał:

-         Misza coś „podwalił!”

Niezorientowany w sytuacji pytał:

-         Dlaczego? Przecież ma on wyśmienitą pozycję!

-         O mnie nie oszukacie! – mawiał Rochlin – Popatrzcie na jego czerwone uszy. To najlepszy dowód, że coś „podwalił”.

Wiadomo również, że Botwinnik w krytycznych momentach zaczyna poprawiać nerwowo krawat. Natomiast, gdy go nic niepokoi, siedzi on spokojnie, poprawiając jedynie od czasu do czasu okulary.

Najsilniejsi szachiści świata potrafią panować nad nerwami, nie działa również na nich hałas na sali turniejowej. Przyjrzyjcie się blankietom do zapisu partii Botwinnika, Smysłowa, Keresa. Wszystkie posunięcia zapisane są kaligraficznie.

Smysłow nie zmienia wyrazu twarzy nawet wówczas, gdy coś „podwali”, a Keres rumieni się po dziewczęcemu, gdy zostanie zaskoczony jakimś niespodziewanym posunięciem.

Wybuchowy Tal koncentruje swą uwagę w czasie gry nie tylko na szachownicy. Chciałby on znać również nastrój swego przeciwnika, wiedzieć o czym on myśli. A jest to przecież bardzo ważne – wiedzieć czy twój ruch speszył w jakimś stopniu przeciwnika, czy też go do pewnego stopnia uradował.

W czasie mistrzostw ZSRR w 1958 r., zmierzyłem się po raz pierwszy z Talem przy szachownicy. Słyszałem już przedtem, jak trudno jest grać z Talem, że Ryżanin jak gdyby hipnotyzuje przeciwników. „Nie szkodzi – uspokajałem sam siebie – Bywali i gorsi!”. Zasiedliśmy z Miszą do gry. Mnie przypadły białe i pierwszy ruch wykonałem hetmańskim pionkiem. Misza błyskawicznie wyprowadził swego królewskiego Skoczka i... przenikliwie spojrzał na mnie swymi czarnymi oczyma. Tak wpatrywał się we mnie przez 10-20 sekund.

Z początku znosiłem dość spokojnie to jego natarczywe spojrzenie, ale potem zrobiło mi się jakoś nieswojo. Wykonałem szybko drugi ruch – tym razem hetmańskiego Skoczka. Tal wysunął o jedno pole naprzód pionka g7. „Gra Obronę Staroindyjską – dość ryzykowne otwarcie”. Misza najwidoczniej również się denerwował „Co zagrają  białe?” Pochylił się on nieco do przodu i znów obrzucił mnie badawczym spojrzeniem. Najwidoczniej bardzo mu zależało na wyczytaniu czegoś z mojej twarzy. Nasrożyłem się. Oczywiście nie wierzyłem w hipnozę, ale wytrzymywać siłę tego spojrzenia było bardzo trudno. I nagle olśniła mnie zbawienna myśl. Przydała się wypracowywana przez wiele lat umiejętność obrony. Wykonawszy ruch Skoczkiem, spojrzałem groźnie wprost w oczy memu młodemu przeciwnikowi. Skutek był natychmiastowy. Grzeczny i dobrze ułożony Misza po prostu w zapale walki nie zdawał sobie sprawy z tego, że prowadził on ją nie tylko na szachownicy. Po zaakcentowaniu przeze mnie spojrzeniem protestu przeciwko tego rodzaju „manewrom ”ocznym, mój przeciwnik uśmiechnął się przepraszająco i już do końca partii nie spojrzał w moja stronę ani razu.

Bez podpowiadania

W czasie turnieju międzynarodowego w Zurichu w 1934 r., prezydent FIDE dr Rueb, zaproponował żonie mistrza świata Alechina, towarzyską partię szachów. Gdy poczęto ustawiać figury, do stolika zbliżył się Alechin, którego dr Rueb żartobliwie poprosił, by nie pomagał swej małżonce. Alechin obiecał solennie, że nie odezwie się ani słowem, po czym przystąpił do partyjki brydża. Po kilku minutach Alechin – będąc „wychodzącym” – podszedł na chwilę by zobaczyć, jak przebiega partia żony. Rzuciwszy okiem na szachownicę, zorientował się, że Rueb stoi znacznie lepiej. Zobowiązany do milczenia mistrz świata, wykorzystawszy odpowiedni moment, „sprzątnął” z szachownicy Wieżę, należącą do Rueba i spokojnie powrócił do brydża. Po kliku minutach jednak znów podszedł do stolika, przy którym toczyła się wspomniana partia szachów. I o dziwo – partia toczyła się tak, jak gdyby nic się nie stało, z  tym jednakże, że sytuacja Pani Alechin ponownie wymagała „cudownego ratunku”. Alechin długo się nie namyślał, i zręcznym ruchem zdjął z szachownicy drugą Wieżę Rueba. Dopiero po dłuższej chwili rozległ się zrozpaczony okrzyk dr Rueba:

- Gdzie są moje Wieże?

Oczywiście sprawa wyjaśniła się ku uciesze wszytkich obecnych w sali klubowej. Całe zajście Alechin skwitował krótkim wyjaśnieniem:

- No, skoro nie pozwolono mi nic powiedzieć...

Również na tym samym turnieju grał arcymistrz Aaron Nimzowitsch, który znany był ze swej przeczulonej wrażliwości. Szczególnie łatwo wytrącały go z równowagi głośne rozmowy na sali turniejowej, oraz dym z papierosów. Zdarzyło się w czasie turnieju, że Nimzowitsch dogrywał wieczorem końcówkę z Laskerem. Nimzowitsch stał lepiej, i zależało mu bardzo na zwycięstwie. W sąsiednim pokoju grupa arcymistrzów zebrała się przy stoliku i prowadziła dość głośną rozmowę,  przerywaną od czasu do czasu wybuchami śmiechu. W pewnym momencie do sali klubowej wpadł Nimzowitsch, i podniesionym głosem, zwrócił się do obecnych tam uczestników turnieju, niej więcej tymi słowami:

- W imieniu sędziego turnieju, którego tu niestety nie ma, proszę bardzo o przyjęcie do wiadomości, że jeśli panowie nie mogą ciszej się zachowywać, to lepiej byśmy wszyscy udali się do domu, albowiem w takich warunkach grać nie można! Ten hałas przeszkadza mi, bez przerwy mi przeszkadza,  w sposób niedopuszczalny mi przeszkadza! W tych warunkach ja dalej grać nie będę!

W sali klubowej zapanowała śmiertelna cisza. Wystąpienie Nimzowitscha podziałało na obecnych, jak kubeł zimnej wody.Nimzowitsch zaś, po wygłoszeniu swej tyrady wrócił do partii, którą po dalszych kilkunastu minutach, zakończyła się zasłużonym w pełni jego zwycięstwem.

Następnego dnia, jak codziennie, Nimzowitsch udał się na spacer nad pobliskie jezioro. W pewnym momencie podszedł do niego jeden z kibiców i powiedział, że jego wczorajsza interwencja w sali klubowej obraziła wszystkich uczestników turnieju, którzy udali się do swych pokojów hotelowych, i nie wiadomo, czy zjawią się na kolejną rundę. Zrozpaczony Nimzowitsch gotów był niezwłocznie udać się do hotelu i przepraszać po kolei wszystkich uczestników turnieju. Zanim jednak ruszył w drogę powrotną, począł pokazywać owemu kibicowi swą wczorajszą końcówkę z Laskerem.

W czasie demonstrowania tej końcówki, Nimzowitsch zapomniał oczywiście o całym świecie, o wczorajszym incydencie, o kolegach, o przeprosinach. W ten sposób niewinny żart dowcipnego kibica, nie miał żadnych poważniejszych skutków.

Jest w Zurichu niewielka ulica, która nazywa się Raemistrasse. Oczywiście w czasie trwania turnieju w 1934 r., uczestnicy nazwali ją  „Remisstrasse”. Znajdowała się ona zresztą na trasie pomiędzy hotelem dla uczestników, a salą gry. Tędy więc normalnie udawali się uczestnicy turniejów na rundę. Arcymistrz Salo Flohr, który był w tym czasie zaprzyjaźniony z Bogoliubowem, udawał się na salę turniejową w towarzystwie Rosjanina, wyruszając codziennie o określonej godzinie z nim razem z hotelu. Przebieg turnieju w początkowej jego fazie, był dla Flohra bardzo korzystny. Na skutek porażki Alechina z Euwem, Flohr objął po 5 rundzie samodzielne prowadzenie w tabeli, i utrzymywał się na czele przez szereg rund, ścigany nieustannie przez mistrza świata Alechina, który zajmował drugą pozycję. W 12 rundzie (na 3 rundy przed zakończeniem turnieju), Alechinowi udało się wreszcie dognać swego najgroźniejszego konkurenta. W następnej 13 rundzie, Flohr miał grać z Bogoliubowem. Postanowił on tego dnia udać się na salę turniejową sam. Istotnie też – nie zjawił się on jak zwykle o określonej godzinie w hallu hotelowym, wobec czego Bogoliubow udał się szybkim krokiem na salę turniejową, i – rzecz jasna – normalną trasą, tj. przez Raemisstrasse. Jednakże nigdzie po drodze Flohra nie spotkał. Partia między tymi dwoma arcymistrzami po dość ciekawym i ostrym pojedynku, zakończyła się remisem.

Gdy po zakończeniu partii Bogoliubow zapytał Flohra, dlaczego nie zjawił się jak zwykle w hallu hotelowym, Flohr odpowiedział:

- Wiedziałem, że zechce Pan pójść normalną trasą przez Raemisstrasse, a ja byłem dziś bojowo nastawiony, i remis mnie urządzał. Poszedłem więc sam, inną trasą.

Flohr miał dokładne przeczucie. Tego dnia istotnie remis z Bogoliubowem kosztował go utratę prowadzenia, albowiem Alechin swą partię wygrał, wyszedł na czoło tabeli, i prowadzenia już do końca nie oddał.

Dowcipny Bronstein

Moskiewski arcymitrz Dawid Bronstein, jest naprawdę człowiekiem o wyjątkowym poczuciu humoru. Do Moskwy zaproszony został na czas turnieju strefowego ZSRR, znany dziennikarz holenderski B. Withuis – sam również niezły szachista, specjalizujący się w seansach gry jednoczesnej. Oczywiście moskiewscy działacze zorganizowali w foyer teatru, w którym odbywał się turniej, seans gry jednoczesnej sympatycznego Holendra.

Właśnie mija 5 godzina seansu. Przy szachownicach zostało już niewielu przeciwnikow Withuisa, a  również na scenie teatru dobiegała końca kolejna runda. Tego dnia arcymistrz Bronstein zakończył swą partię pokojowo. Wychodząc z teatru, zatrzymał się na chwilę w foyer, i  począł przyglądać się partiom symultany. W pewnej chwili podszedł do wolnej szachownicy i ustawił na niej szybko pozycję, w której białe dawały łatwo dostrzegalny mat w jednym ruchu, po czym zasiadł przy tejże szachownicy tak, jak gdyby uczestniczył od samego początku w symultanie. Po chwili do stolika podszedł zamyślony Withuis, spojrzał na szachownicę i niemalże błyskawicznie dał swemu „przeciwnikowi” mata. Bronstein,  jak przystało na kulturalnego amatora symultany, wstał wyciągnął do symultanisty rękę. Withuis uścisnął rękę swego „przeciwnika” i wówczas dopiero spojrzał na niego. Ujrzawszy jednak arcymistrza Bronsteina, zorientował się natychmiast w spłatanym mu figlu i...wybuchnął szczerym śmiechem. Śmiali się zresztą wszyscy świadkowie tej niecodziennej sceny.

Skromne żądanie

Przed 16 olimpiadą szachową, Federacja Szachowa Stanów Zjednoczonych miała poważny problem. Jak wiadomo w ostatnich dwóch olimpiadach nie startował jeden z ajwybitniejszych szachistów amerykańskich Samuel  Reshevsky, który jako warunek stawiał wystawienie go na pierwszej szachownicy – przed Fischerem. W tym roku Reshevsky zmienił żądania. Oświadczył, że jest mu obojętne, na której szachownicy będzie grał, byleby otrzymał odpowiednie honorarium.

I tak za start na pierwszej szachownicy zażądał on od Federacji USA 1.000, na drugiej 2.000, na trzeciej 3.000 dolarów itd.

W tym stanie rzeczy Fischer również oświadczył, że i jemu jest obojętne, na której zostanie wystawiony szachownicy. Zażądał on „jedynie” specjalnego

honorarium..., dwukrotnie wyższego niż Reshevsky. A więc 2.000 za pierwszą, 4.000 za drugą, 6.000 dolarów za trzecią szachownicę.

Genialna pamięć

Eksmistrz świata Michał Tal znany jest w środowisku szachowym jako arcymistrz o niezwykłej wprost pamięci. Nie chodzi już o pamięć ściśle szachową, polegającą na zapamiętywaniu niezliczonej wręcz ilości wariantów teoretycznych. Tal pamięta dokładnie kto, gdzie, kiedy, i z jakim wynikiem zastosował wariant debiutowy.

Razu pewnego znany mistrz łotewski Gipslis, postanowił „sprawdzić” pamięć Tala i zadał mu „podchwytliwe” pytanie:

- Misza, czy pamiętasz przypadkiem jaki wariant zastosował Keres białymi W Gambicie Hetmańskim przeciwko Bolesławskiemu w 3-ej rundzie 20 mistrzostw ZSRR?

Odpowiedź Tala brzmiała:

- Nie naciągaj mnie! Bolesławski z Keresem grali nie w 3-ej, lecz w 19 rundzie. Białymi grał nie Keres, lecz Bolesławski, przy czym rozegrano wówczas nie Gambit Hetmański, lecz Partię Hiszpańską!

Zemsta debiutanta

Na turniej międzynarodowy do San Sebastian w 1911 r., zaproszony został m.in. młody szachista kubański, przyszły mistrz świata Jose Raoul Capablanca. Przeciwko jego udziałowi w arcymistrzowskim turnieju protestowali niektórzy najstarsi uczestnicy, uważając go za niezupełnie dojrzałego do gry ze starymi „repami”, uczestnikami wielu turniejów arcymistrzowskich. Do najzagorzalszych przeciwników udziału Capablanki w turnieju, należeli Nimzowitsch i Bernstein. Mimo to jednak Capablanca został do turnieju dopuszczony.

W przeddzień rozpoczęcia turnieju, obaj wymienieni tj. Nimzowitsch i Bernstein grali w hallu hotelowym lekkie partie. Przypatrujący się ich grze Capablanca pozwolił sobie na poczynienie jakiejś uwagi, na co Nimzowitsch odpowiedział niezupełnie grzecznie. Genialny kubańczyk zaproponował wówczas Nimzowitschowi kilka lekkich partii, o dość wysoką stawkę. Nimzowitsch oczywiście wyzwanie przyjął. Ku wielkiemu zadowoleniu kibiców, Capablanca wszystkie partie wygrał. W ten sposób ukarany został Nimzowitsch.

Natomiast Bernstein ukarany został następnego dnia, albowiem w wyniku losowania Capablanca zmierzył się z nim już w pierwszej rundzie. Bernstein został po prostu rozgromiony przez 23-letniego kubańczyka, przy czym partia ta nagrodzona została nagrodą za piękność.

Dobra rada

Mistrz świata E. Lasker pochwalił pewnego razu swego młodego przeciwnika, wyrażając się pochlebnie o jego grze w końcówce. Zadowolony z tej pochwały młody szachista zapytał doświadczonego mistrza:

- Właśnie zauważyłem, że znacznie lepiej gram w końcowym stadium gry, niż w początkowym, względnie w grze środkowej. Dlaczego tak się dzieje? Czy są to całkiem różne rzeczy? Czy istnieje sposób, by w równie dobry sposób rozgrywać wszystkie stadia partii szachowej?

- Oczywiście – odpowiedział Lasker – niech Pan sobie tylko wyobrazi już na samym początku partii, że gra Pan końcówkę, tylko z większą ilością figur...

Niezwykła partia

W otwartych kobiecych mistrzostwach Anglii w sierpniu 1966 r. w Sunderland, wydarzył się niecodzienny przypadek.

W partii DC Ellison-CR Gurnhill, czarne wykonały roszadę w 8 posunięciu, jednakże rozbita pozycja czarnego Króla została rozbita, i nieszczęsny władca salwował się ucieczką. Gdy znalazł się on na wyjściowym polu e8 – Gurnhill wykonała powtórnie roszadę, tym razem w drugą stronę. Przeciwniczka nie zareagowała i gra toczyła się dalej. Dopiero ktoś z publiczności zwrócił uwagę sędziego na fakt, że druga roszada nie była prawidłowa. Sędzia sprawdził zapis zawodniczek, stwierdził wykonanie ruchu nieprawidłowego, i zgodnie z przepisami gry nakazał cofnięcie wszystkich posunięć, wykonanych po drugiej roszadzie czarnych, po czym zalecił kontynuowanie gry. Partia wkrótce zakończyła się wygraną białych.

Opisując ten wypadek, znany mistrz angielski H. Golombek pisze:

- Jaka szkoda, że publiczność wmieszała się do partii. Kto wie, gdyby partia była kontynuowana, czarne mogłyby zrobić roszadę po raz trzeci i następnie zareklamować remis przez trzykrotne powtórzenie ruchów!!

Aforyzmy Tartakowera

Był nie tylko wspaniałym szachistą, ale i genialnym wręcz dziennikarzem. Oto kilka jego aforyzmów, zaczerpniętych z książki „Die hypermoderne Schachpartie”.

  • W każdym błędzie tkwi zawsze coś prawdziwego.
  • Błąd może zrobić tylko silny szachista.
  • Uczymy się gry w szachy, przede wszystkim na błędach.
  • Błędy istnieją  po to, by je robić.
  • Partia szachowa – to baśń z 1001... błędu.
  • Skoro robię błędy – więc żyję.
  • W szachach istnieje tylko jeden błąd – zbytni szacunek dla przeciwnika. Wszystko pozostałe, to albo nieszczęście, albo słabość.

Dżentelmeńska umowa

W czasie olimpiady w Lipsku 1960 r., gwiazdą nr. 1 był oczywiście świeżo upieczony mistrz świata Michał Tal. Większość szachistów,  którzy mieli zmierzyć się z Talem, wykazywała zrozumiałe zdenerwowanie. Nie chodziło o obawę przed przegraną. Ostatecznie przegrana z mistrzem świata nie jest hańbą. Chodziło o to, że w tym czasie Tal wygrywał swe partie w sposób miażdżący wręcz swych przeciwników, ofiarowując im „po drodze” dużo materiału. Słynne partie „Talowskie” przypominały grę na jedną bramkę.

W czasie pewnego przyjęcia udało mi się usłyszeć następującą rozmowę pomiędzy mistrzem świata, a naszym rodakiem Najdorfem:

- Nie boję się Ciebie Misza! Grałem już z kilkoma mistrzami świata i to z niezłym rezultatem. Nie radzę Ci w partii ze mną ofiarowywać czegokolwiek. Przyjmę każdą Twą ofiarę!

- A ja ze swej strony obiecuję Ci, że bez ofiary w naszej partii się nie obejdzie.

Zarówno Tal, jak i Najdorf słowa dotrzymali. Tal poświęcił jakość, Najdorf ofiarę przyjął. Wynik partii? Tal wygrał w 24 ruchach.
 

Pech dr Tarrascha

Dr Siegbert Tarrasch był jednym z najsilniejszych szachistów na świecie pod koniec XIX w. i na początku XX stulecia. Dwukrotnie zresztą dostąpił zaszczytu zmierzenia się z ówczesnym mistrzem świata dr E. Laskerem, w meczach o tytuł mistrzowski.

Tarrasch był wybitnym teoretykiem, szereg  jego koncepcji teoretycznych przetrwało do dzisiejszego dnia. Wiele jego założeń strategicznych, również nie straciło swej aktualności, chociaż Tarrasch wierzył w nie wręcz dogmatycznie, nie dopuszczał jakiejkolwiek na ich temat dyskusji. Właśnie apodyktyczność, bezkompromisowość, nieustępliwość, połączona z arogancją i zarozumialstwem spowodowała, że Tarrasch na ogół nie był lubiany przez swych kolegów-arcymistrzów.

Ale arogancja i zarozumialstwo, na ogół nie pozostają bezkarne. Oto kilka przykładów.

Już w 1885 r., kiedy Tarrasch liczył zaledwie 23 lata, na turnieju w Hamburgu (był to międzynarodowy debiut Tarrascha) - przyjaciele uprzedzili go przed partią z MacKenzie, wybitnym szachistą amerykańskim, o wyjątkowej sile jego gry. Tarrasch wzruszył jedynie ramionami i odparł: „Biedny MacKenzie”.

I cóż się potem okazało? Partię wygrał MacKenzie.

W 1910 r. Tarrasch gorąco protestował przeciwko dopuszczeniu do turnieju międzynarodowego anglika Yatesa, motywując to tym, że jego gra odbiega od poziomu uczestników. Tak było w istocie, albowiem Yates był ostatni, zdobywając 2,5 punktu, remisując 3 partie, wygrywając tylko jedną, z Tarraschem!

Przed rozpoczęciem turnieju międzynarodowego w Berlinie w 1920 r., Tarrasch znów gorąco protestował przeciwko udziałowi w nim czeskiego Arcymistrza Retiego. Tym razem Tarrasch absolutnie nie miał racji, Reti bowiem miał za sobą  już szereg sukcesów. Oczywiście Reti wygrał partię z Tarraschem, i w ogóle uplasował się w tabeli przed nim.

Przed rozpoczęciem meczu o mistrzostwo świata z Laskerem (Berlin 1908 r.), Tarrasch ku zdumieniu wszystkich obecnych, podszedł do mistrza świata i powiedział dosłownie: „Mam Panu do zakomunikowania tylko 3 słowa – szach i mat”. Oznaczało to oczywiście zapowiedź bezpardonowej walki i wiarę z zwycięstwo nad Laskerem. Rzeczywistość jednak i tym razem ukarała zarozumialca i arogancję. Mecz zakończył się zwycięstwem Laskera 8:3.

Trafił swój na swego

Znany rosyjski szachista Ałapin, fanatycznie wręcz uwielbiał analizowanie rozegranych przez siebie partii. Oczywiście czynił to najchętniej ze swym partnerem. Zdarzało się, że Ałapin zapraszał do siebie jakiegoś silnego szachistę, zamykał się z nim w swym gabinecie i... analiza trwała przez 2-3 doby, przerywana jedynie posiłkami, przynoszonymi przez gosposię pana domu.

Podobnym typem był znany szachista angielski Burn. Na międzynarodowym turnieju w Karlsbadzie (Karlovy Vary) w 1911 r., obaj ci szachiści spotkali się ze sobą. Ich partia zakończyła się zwyciestwem Burna, który zaprosił Ałapina do siebie na kilkudniowy pobyt, celem wspólnego przeanalizowania kilku partii. Ku wielkiemu zdumieniu tych wszystkich, którzy znali zamiłowanie Ałapina do analizy – Rosjanin odmówił. Na pytanie, dlaczego nie przyjął on zaproszenia Burna, odpowiadał:

- Podobno Burn posiada w Szkocji stary zamek ze zwodzonym mostem. Kto wie ile partii zechce on ze mną przeanalizować. A jak się od niego wydostanę?

Szczęściarz

Bożyszcze kibiców szachowych – Paul Keres nie zdołał – mimo olbrzymich sukcesów na szachownicy – zdobyć tytułu mistrza świata. Ale za to w życiu codziennym – jak twierdzą jego przyjaciele – Estończykowi sprzyja niesamowite wprost szczęście. Oto dwa drobne przykłady:

W czasie jednego z dłuższych przelotów samolotem, stewardessy starały się w najprzeróżniejszy sposób zabawić i rozweselić pasażerów. Min. zadano pasażerom zagadkę, polegającą na odgadnięciu ilości zapałek, znajdujących się w niewielkin kieliszku. Zwycięzca otrzymywał w nagrodę butelkę szampana. Keres odgadł ilość zapałek z dokładnością do jednej sztuki. Gdy potem zapytano, dlaczego podał taką, a nie inną liczbę, Keres odpowiedział:

- Podałem po prostu ilość swych lat.

W czasie obozu szkoleniowo-kondycyjnego, zorganizowanego przed olimpiadą szachową w Moskwie w 1956 r., Keres wraz z kilkoma innymi szachistami radzieckimi wybrał się na przejażdżkę łódką. W pewnym momencie całe towarzystwo natknęło się na łowiącego ryby spinningiem Ałatorcewa, znanego mistrza i działacza szachowego. Ałatorcew był w dość kiepskim humorze. Przyczyna prosta – tego dnia „ryba nie brała”. Na pytanie Keresa: „Jak idzie?” Ałatorcew odpowiedział : „Źle! Tutaj najwidoczniej nie ma w ogóle ryb. Muszę zmienić miejsce”. A na to Keres:

„Ależ ty się mylisz! Tu jest wprost zatrzęsienie ryb! Trzeba tylko umieć łowić!”

Słowa Keresa powitane zostały przez wszystkich gromkim śmiechem, wiadomo bowiem, że Keres nigdy nie zajmował się rybołówstwem, natomiast Ałatorcew znany jest ze swego rybackiego „hobby”. Na takie dictum Ałatorcew bez słowa wręczył spinning Keresowi. Paul zarzucił... i natychmiast wytaszczył jakąś płotkę, Ale tego było jeszcze szczęściarzowi za mało. Zabrał on złowioną rybę ze sobą i poprosił kucharza o przyrządzenie mu jej na kolację. Najwidoczniej w kuchni było niemało kibiców Keresa, albowiem ku wielkiemu zdumieniu wszystkich biesiadników – Keresowi przyniesiono na talerzu wspaniałego, smażonego sandacza.

Salve Salwe

Georg Salwe był jednym z najsilniejszych szachistów łódzkich pod koniec ubiegłego, i na początku obecnego stulecia. Pod jego kierunkiem doskonalili swą klasę gry tacy mistrzowie jak Rubinstein, Rotlewi, Daniuszewski i inni.

Salwe dość późno wstąpił na drogę międzynarodowych sukcesów, bo dopiero w wieku 45 lat. Jego pierwszym wielkim sukcesem było zajęcie 4-ego miejsca w ogólnorosyjskim turnieju w Kijowie w 1903 r.

W roku 1906 Salwe wraz z Rubinsteinem uczestniczył w wielkim międzynarodowym turnieju w Ostendzie. Był to jego pierwszy start poza granicami  kraju. Turniej zorganizowała dyrekcja uzdrowiska w Ostendzie, a gra toczyła się w luksusowym hotelu do którego prowadziły oryginalne kamienne schody.

Otóż na pierwszym schodku wyrzeźbione było słowo: Salve! (Witaj). Najwidoczniej Salwe nie posiadał zbyt wysokiego wykształcenia, a w każdym razie nie znał zupełnie łaciny. Tym tylko chyba można wytłumaczyć sobie fakt, iż kilku uczestników turnieju zdołało przekonać Salwego, że napis na schodach wykonany został  przez kierownictwo turnieju dla uczczenia jego przyjazdu do Ostendy.

Profesor dżentelmen

Znakomity arcymistrz radziecki G. Lewenfisz wymienia w swych wspomnieniach profesora wyższej matematyki  Technologicznego Instytutu w Petersburgu BM Kojałowicza, którego życiowym „hobby” były szachy. Kojałowicz grał dość dobrze i nawet raz w 1905 r. wygrał w turnieju klubowym z samym Czigorinem.

W 1910 r. Petersburski Klub Szachowy zorganizował mistrzostwa klubowe. W jednej z grup półfinałowych grał Kojałowicz i Lewenfisz, podówczas student tegoż Instytutu. Partia między nimi zakończyła się bardzo szybko zwycięstwem Lewenfisza. Tak szybka przegrana w widoczny sposób podrażniła ambicję profesora. Nic tedy dziwnego, że Lewenfisz szedł na egzamin z wyższej  matematyki, jak na ścięcie.

Ale profesor Kojałowicz okazał się nie tylko prawdziwym sportowcem, ale też i pedagogiem .Nie czyniąc najmniejszej różnicy pomiędzy Lewenfiszem, a innymi studentami, postawił on przyszłemu arcymistrzowi dobrą notę, a zwracając mi indeks, oświadczył:

- Jest mi miło podkreślić, że orientuje się Pan również dobrze w zagadnieniach wyższej matematyki, jak też i w skomplikowanych kombinacjach szachowych.

Kto widzi więcej

Kiedy na widowni szachowej pojawił się Capablanca, ogólna opinia od razu nimalże widziała w nim najbardziej godnego przeciwnika E. Laskera, w meczu o mistrzostwo świata. Capablanca zyskał też sobie bardzo wieku sympatyków, którzy wierzyli święcie w geniusz swego ulubionego mistrza.

Niewątpliwie Capablanca był swego rodzaju fenomenem. Jego główna siła polegała na bardzo szybkim obliczaniu wariantów, oraz na błyskawicznym refleksie. Panowało powszechne przekonanie o tym, że Capablanca widzi więcej od swych przeciwników.

Kiedy zawarte zostało porozumienie w sprawie meczu o mistrzostwo świata pomiędzy Laskerem i Capablancą (mecz rozegrany został w 1921 r.), cały świat szachowy podzielił się na dwa obozy.

Sympatycy Laskera twierdzili, że mistrz świata widzi na szachownicy absolutnie wszystko. Sympatycy Capablanci odpowiadali, że kubańczyk widzi resztę. Okazało się, że ta „reszta” miała większe znaczenie. Wygrał Capablanca.

Szachy... i czarna kawa

 W tradycyjnym turnieju międzynarodowym w Mar del Plata (Argentyna) w 1957 r., wzięli udział dwaj arcymistrzowie radzieccy Keres i Kotow. Keres zajął w nim 1-sze miejsce, Kotow zaś podzielił 3-4 miejsca. Turniej rozgrywany był w przepięknej sali tamtejszego kasyna gry, i ściągał liczne rzesze kibiców.

Pewnego dnia do Kotowa podszedł jeden z widzów i zapytał, czym tłumaczyć należy wspaniałą grę Keresa. Odpowiedź Kotowa była nie tylko trafna, ale oryginalna i dowcipna.

- Niech Pan spojrzy, jak Keres pije kawę, a Pan wszystko zrozumie.

Właśnie przed chwilą Keresowi podano filiżankę „małej czarnej”. „Wielki Paul” powolutku rozpakował cukier, delikatnie wrzucił go do filiżanki, po czym „bezszmerowym systemem” przez dłuższą chwilę mieszał łyżeczką tak długo, aż cukier całkowicie się rozpuścił. Następnie skosztował łyżeczką napitek, chwilę pomyślał, po czym doszedłszy do wniosku, że kawa jest jeszcze niedostatecznie słodka – uskutecznił tę samą operację po raz drugi. Skosztowawszy ponownie – zdecydował się wreszcie na wypicie kawy.

Wszystko to działo się w momencie, gdy przeciwnik Keresa zastanawiał się nad swym kolejnym posunięciem.

Argentyńczyk w milczeniu obserwował Keresa, ale wreszcie zwrócił się do Kotowa z zapytaniem:

- Nie bardzo rozumiem Pańską odpowiedź. Co to ma wspólnego z moim pytaniem. Wszak pytałem Pana, czym wytłumaczyć tak wspaniałą i tak długo utrzymującą się wysoką formę sportową Keresa?

- Jeszcze Pan nie rozumie? Więc pokażę Panu, jak ja bym tę kawę wypił.

W tym miejscu Kotow na migi zadokumentował „swój” sposób picia kawy: gorączkowe rozerwanie papieru, w który opakowany jest cukier, wrzucenie go z dużej wysokości do filiżanki i... picie kawy szybkimi głośnymi łykami, bez rozmieszania cukru.

- Ktoś kto tak pije kawę, jak Keres – nie robi błędów w czasie gry – zakończył swój wywód Kotow.

Okulary nie pomogły

Na turnieju pretendentów w Jugosławii, grano ze sobą każdy z każdym, po 4 partie. Reprezentant USA Paul Benko (Węgier z pochodzenia), przegrał w dwóch pierwszych kołach obie partie, z późniejszym zwycięzcą turnieju Michałem Talem. Po drugiej partii Benko oświadczył dziennikarzom:

- Nie mogę grać z Talem, on po prostu hipnotyzuje mnie.

Wypowiedzi tej nie należy brać dosłownie, aczkolwiek wiadomo, że w czasie gry Tal często przygląda się przeciwnikowi, bardzo badawczym spojrzeniem. Do trzeciej partii z Talem, Benko zjawił się na sali turniejowej w ciemnych okularach. Po kilku pierwszych posunięciach, Tal wstał od stolika, wyszedł na chwilę i powrócił również w ciemnych okularach. Partia ta zakończyła się ponownym zwycięstwem Tala. Po tej partii Benko przyznał, że pomysł z ciemnymi okularami nie był najszczęśliwszy.

- W ciemnych okularach ja dosłownie niczego nie widziałem.

źródło - http://www.sternik.yoyo.pl/index.htm

© by www.kubaszachy.cba.pl All rights reserved.